poniedziałek, 11 lutego 2013
BOHEMIA - ciąg dalszy
Teraz sprawy potoczyły się szybko, ponieważ powrócił z budowy eksportowej, jeden z wysoko notowanych inżynierów / powodem oficjalnie był słaby stan zdrowia/ i trzeba było przyszykować mu dobre stanowisko. W ciągu tygodnia, załatwiłem wszystkie formalności związane z paszportem służbowym, umową kontraktową, obsadą personalną kierownictwa budowy, szkoleniem w zakresie przepisów celnych i współpracy ze służbami konsularnymi. Załatwiłem niezbędne wyposażenie biura budowy, bo otwieraliśmy zupełnie nowy kontrakt, dotyczący wymiany rur ciepłowniczych- przesyłowych, które biegły w pasie zieleni, jezdni dwupasmowej, przebiegającej przez całe miasto Havirov. Razem z ekonomistką/ kobietą ładną, zaradną i mądrą/, wszelkie sprawy załatwialiśmy tak sprawnie , jakbyśmy pracowali razem od lat/ a przecież , ledwo znaliśmy się- pracując w zupełnie innych działach firmy/.
Przekazałem swoje stanowisko protokólarnie, przekazano mi samochód służbowy "Fiat- 125p", pożegnałem się z rodziną i ruszyliśmy z Ewą- ekonomistką do Hawirova, razem z nami pojechał też kolega, który był kiedyś na kontrakcie w tamtym rejonie, i miał pomóc w pierwszym okresie organizacyjnym.
Już na przejściu granicznym, znajomości osobiste Jasia i ówczesnych realiów jakie panowały wśród służb granicznych i celnych, tak polskich jaki czechosłowackich, pomogły pokonać wiele barier, a czekało nas jeszcze wiele "niuansów życiowych", o których na szkoleniach , nikt nie wspominał. Po zapoznaniu się z pogranicznikami i celnikami z obu stron, wręczeniu wszystkim firmowych upominków, chwili pogawędki, pojechaliśmy dalej. Takie przyjacielskie "wejście ", procentowało potem , przez cały czas naszej pracy za granicą, a kilkakrotnie "uratowało" mnie od naprawdę poważnych konsekwencji prawnych. Wszystko zgodnie z zasadą -" jeżeli masz plecy, to i bez głowy dasz sobie radę"......
Na miejscu czekał na nas inspektor nadzoru, ze strony kontrahenta i jego szef. Przekazali nam pomieszczenie na biuro oraz klucze i umówiliśmy się na następny dzień.
Ponieważ zrobiło się późno, pojechaliśmy do hotelu, który był naszą bazą noclegową.
Hotel "Merkur", okazał się nowoczesnym 10-cio piętrowym budynkiem, na owe czasy miał cztery gwiazdki, ale dzisiaj w tamtej formie, z trudem otrzymał by trzy. Tu również zaprocentowały osobiste znajomości Jasia, który mieszkał tu przed dwoma laty.Zostaliśmy zakwaterowani w porządnych pokojach , z węzłami sanitarnymi, Ewa na IX a ja na X piętrze, z balkonami i pięknym widokiem na pobliskie góry.
niedziela, 10 lutego 2013
POWRÓT
Powroty z reguły są trudne i trzeba wiele wysiłku i dobrej woli włożyć w porządkowanie swojego ( i nie tylko ) życia, aby wszystko przebiegło w miarę spokojnie. To wieloodcinkowe działanie, nie jest proste. Długa nieobecność, powoduje powstanie zmian, które nie zawsze są dobre, ale zostały wymuszone naszą nieobecnością. W moim przypadku, było o tyle łatwiej, że często w weekend przyjeżdżałem do domu. Ale i tak musiałem walczyć, aby w mentalności moich córeczek, zlikwidować postać weekendowego Tatusia, wpisać się w poranny rytm domu, tak aby wszyscy mogli w miarę bezkolizyjnie, przygotować się do szkoły i pracy. W relacjach rodzinnych, musiałem przejąć wiele obowiązków, a żona musiała przywyknąć, że jestem na co dzień w domu. To wcale nie było łatwe.
W życiu zawodowym, postanowiłem wykorzystać bogate doświadczenia, nabyte podczas pracy za granicą. A ponieważ był to rok 1986, to zatrudnienie się, nie było takim wielkim problemem, ale ja postanowiłem znaleźć pracę w firmie, która zatrudniała mnie za granicą. Miałem trochę szczęścia i poparcia ze strony żony, która była długoletnim pracownikiem tej firmy. Ponadto dobra opinia z budowy eksportowej, też zrobiła swoje. Zostałem zatrudniony w charakterze mistrza na budowie. Dobrym zrządzeniem losu, było to, że po pierwsze mogłem codziennie dojeżdżać (dojazd w obie strony zajmował mi ok. dwie godziny ) oraz to, że była to miejscowość w której dorastałem i mieszkałem przez 20 lat. Ponadto kiedyś , na początku drogi zawodowej, w zakładach dla których prowadziliśmy prace remontowe w zakresie energetyki, pracowałem jako stażysta a potem pracownik. Dokoła pracowali ludzie których znałem i którzy znali mnie, wielu z nich to byli moi koledzy. Dlatego szybko i łatwo znalazłem wspólny język ze zleceniodawcą, a rozwiązywanie jakichkolwiek problemów, nie nastręczało żadnych trudności. Odbudowane znajomości procentowały nowymi zleceniami z terenu zakładów, które pozwoliły efektywniej wykorzystać potencjał ludzki na budowie, a przez to poprawiały wyniki ekonomiczne budowy. Pracownicy byli zadowoleni, bo miało to odbicie w ich zarobkach, więc nawet darowali mi pewne zaostrzenie dyscypliny w pracy, a wiedząc że pracowałem jako monter i mam doświadczenie w ich pracy, nie pozwalali sobie na stwarzanie sytuacji, w której wydane polecenie wykonania prac można było podważyć jako niewykonalne. To wszystko spowodowało, że w niezamierzony sposób, stałem się liderem na budowie. Ponieważ budowa nie była samodzielną jednostką i wchodziła w zespół budów z Kierownikiem na czele, szybko zauważono, że dotychczasowe problemy z budową i konieczne wyjazdy w celu ich rozwiązywania, znikły a opinie zleceniodawcy są zaskakująco pozytywne. Czujność Kierownika została pobudzona..Mnie natomiast pracowało się bardzo dobrze, atmosfera była dobra, wyremontowaliśmy szatnie i pomieszczenia socjalne załogi a także biuro budowy, do zwyczaju weszły cotygodniowe spotkania w biurze z przedstawicielami nadzoru ze strony zleceniodawcy, którzy oceniali postęp prac remontowych i zgodność z harmonogramem.
Nieoczekiwany i chyba niechciany awans, przyszedł po pół roku. Dostałem propozycję nie do odrzucenia, objęcia stanowiska Kierownika Warsztatu, w zapleczu siedziby firmy. Poprzednik wyjechał na budowę zagraniczną, a po powrocie planował przejście na emeryturę. Właściwie powinienem być zadowolony, bo i płaca wyższa i praca bez dojazdu pociągiem, ale.. Czułem się tym awansem niedoceniony, bo na moją budowę, skierowano dobrze notowanego Kierownika a budowę usamodzielniono, no cóż układy, ale żal i niesmak pozostał.
Zawsze zazdrościłem kolegom budowlańcom tego, że zaczynają budowę w szczerym polu, a kończą obiekty, które można pokazać i powiedzieć : To moje dzieło, no cóż moje doświadczenie w produkcji, zostało przerwane.
Na nowym odcinku pracy, zastałem jedną, wielką prowizorkę organizacyjną. Więc kiedy po dwu dniach, zaproszono mnie na rozmowę z Dyrektorem, w czasie której usłyszałem, że mam opracować plan zmian organizacyjnych, poczułem się potrzebny, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że przysporzy mi to wielu wrogów i to zupełnie nieoczekiwanych. Mój poprzednik, całkowicie oddał kierowanie warsztatem w ręce mistrzów, dlatego moja ingerencja w sprawy zarządzania i porządków napotkała na zdecydowany opór. Kiedy wreszcie wdrożyłem w życie, opracowany program i warsztat zaczął funkcjonować w miarę poprawnie a koszty radykalnie zostały opanowane, minął prawie rok. Jednak ścisła kontrola, niestety nie wszystkim była na rękę, w tym o dziwo moim zwierzchnikom, którzy paradoksalnie, nakazali mi zaostrzenie kontroli.
W takiej patowej sytuacji, wtedy stosowano tzw. kopniak w górę. Awansowano mnie, na wakujące akurat, stanowisko Głównego Mechanika. Szerokie spektrum zagadnień przypisanych do tego stanowiska, skutecznie oddaliło mnie od ścisłej kontroli warsztatu. Wszyscy byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy, no może oprócz mnie, bo znowu osunięto mnie od realizacji opracowanego programu.
Ale obowiązki, nie pozwoliły na oglądanie się za siebie.
Z perspektywy zwierzchnika Warsztatu, z zadowoleniem patrzyłem jak wprowadzone przeze mnie zmiany, pozwalają na oszczędności kosztowe, ale widziałem też, że nie wykorzystywano stworzonych możliwości w sposób optymalny.
Wtedy, po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że nie dokończyłem pracy nad podjętym wyzwaniem. Że opracowane programy naprawcze, były akceptowane, ale realizację, po okresie wstępnym kończył ktoś inny, a mnie kierowano na kolejny trudny i wymagający reorganizacji odcinek pracy. Nie dawano mi szansy na delektowanie owoców mojej pracy organizatorskiej. Może i dobrze, bo wtedy tego tak nie odbierałem, tylko podejmowałem się kolejnego zadania, starając się aby go wykonać dobrze.
Na nowym stanowisku, a były to lata 1986-87, wzorem innych działów firmy, opracowałem wspólnie z informatykami, program komputeryzacji mojego działu, jak się wtedy mówiło. Wdrażanie okazało się bardzo trudne, bo w użyciu wtedy był system operacyjny DOS, który nie był tak przyjazny jak obecnie stosowany powszechnie Windows, ponadto komputer, był urządzeniem nowym i jego stosowanie do pracy było w tym czasie jeszcze mało znane. Dlatego pracownicy, nie byli zachwyceni pomysłami szefa. Z oporami udało się wprowadzić ewidencję stanu posiadania i ruchu elektronarzędzi, inne czekały na realizację.
Tymczasem skończył się rok 1987, zabawa sylwestrowa i zabawa karnawałowa w lutym, były udane i już umawialiśmy się ze stałym towarzystwem na śledzika, kiedy zaskoczyła mnie niespodziewana wiadomość.
Oficjalnie , poinformowano mnie, że przeskoczyłem kolejkę oczekujących na wyjazd do pracy na budowie eksportowej. Oczywiście ten wyjazd , to już w charakterze kierownika kontraktu, więc zgodnie z posiadanymi kwalifikacjami. Wszystko było bardzo obiecujące, charakter pracy, uposażenie oraz to, że wyjeżdżałem znowu do Czechosłowacji , w rejon Ostravy, który bardzo dobrze znałem, z ostatniego pobytu. Byłem bardzo podekscytowany czekającą mnie nową przygodą zawodową.
niedziela, 11 listopada 2012
11 Listopada
Każdego roku o tej porze, a dokładnie 11 Listopada nachodzi mnie refleksyjny nastrój. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież każdy kto ma uczucia patriotyczne, czuje ten podniosły nastrój Święta Niepodległości, ten dreszcz przebiegający ciało, słuchając "Pierwszej Brygady" i innych patriotycznych pieśni, których ,media nam nie szczędzą. Ale dla mnie to szczególny dzień, z jeszcze jednego powodu. W tym dniu urodził się mój Ojciec. Cztery lata po odzyskaniu niepodległości, o którą walczył w legionach mój Dziadek Jerzy, został Ojcem. Dzisiaj mój Ojciec kończy równe 90 lat. Całe swoje życie był człowiekiem aktywnym, głęboko oddanym swojej umiłowanej pracy w zawodzie elektryka, za to swoje oddanie był doceniany i odznaczany. Jak co roku, spotkamy się rodzinnie na domowej uroczystości, gdzie sędziwy jubilat, będzie wspominał swoje życiowe przeżycia, a my, w gronie jego dzieci, wnuków i prawnuków, będziemy słuchać tego po raz kolejny. Jestem dumny z tego , że jestem jego synem, chociaż w wielu sprawach mu nie dorównam. Żyj nam Tato jak najdłużej.
poniedziałek, 1 października 2012
Bohemia - a czas płynie....
Czas płynie nieubłaganie, nadeszła zima a wraz z nią silne mrozy .Węgiel dla elektrowni, dowożony z Polski, był zamarznięty na kamień. Kierownictwo elektrowni, zleciło rozładunek tego kłopotliwego paliwa naszej firmie, jako aneks do kontraktu. Ten dwutygodniowy okres nocnego rozkuwania zmrożonego węgla, przy temperaturach poniżej dwudziestu stopni mrozu, zapamiętałem na zawsze. Zgrabiałe dłonie ,przenikliwe zimno, wędrujące od stóp w górę ciała. Pracowaliśmy czwórkami, po pół godziny i zmiana. Dziwne, ale nikt się nie przeziębił. Przy tym rozładunku, pracowali wszyscy, bez względu na staż pracy, kwalifikacje i oczywiście układy z Kierownikiem czy majstrem. Taka była potrzeba chwili, wtedy też zrozumiałem, że w takich momentach, nie liczą się żadne anse i konflikty a ważna jest tylko solidarność robotnicza w obliczu wspólnej sprawy. To zresztą miało, w niedalekiej przyszłości, doprowadzić do transformacji ustrojowej. No ale to zupełnie inna bajka (wtedy nie do wyobrażenia)…….
W życiu tak już bywa, że kiedy człowiekowi wydaje się , że osiągnął stan względnej stabilizacji, to wtedy zaskakują go zmiany.
Centrala eksportowa, na rzecz której realizowaliśmy kontrakty, zleciła nam nowy w sąsiedniej elektrowni, odległej o jakieś 20 km od Ostrawy. W ramach kompletowania załogi trafiłem na ten kontrakt. Nowi koledzy, nowi przełożeni, ale moja sytuacja była już klarowna. Wszyscy wiedzieli kim jestem, a referencje z Ostrawy spowodowały to, że wiedziano też co potrafię. Zespół ludzi, był sympatyczny, a na czele stał Kierownik, który szanował ludzi i był doświadczonym fachowcem, mimo młodego wieku. Dlatego prace wstępne polegające na demontażu płaszcza izolacyjnego kotła, oraz orurowania wewnątrz, szły sprawnie. A mnie czekały nowe wyzwania. Na rusztowaniu, wewnątrz kotła, które chybotało się niemiłosiernie, na wysokości ok.20 m, należało wspominaną wcześniej „gitarą”, tzn. szlifierką kątową, ważącą ok 5 kg, wycinać rury. Miałem co prawda pas bezpieczeństwa, zapięty do rusztowania, ale strach było stać, a co dopiero wychylić się i pracować. Wszystkie moje zasady BHP, „wzięły w łeb”, ale nie było czasu na użalanie się. Po godzinie, przywykłem, a „czarna dziura”(nieoświetlona dolna część kotła), nie powodowała drżenia nóg. Kiedy zobaczyłem, jak kolega z palnikiem w ręce (czyli bez „trzymanki”), siedzi na wysuniętej desce i coś wycina, chociaż jedynym jego zabezpieczeniem były węże doprowadzające gazy techniczne do palnika, to od razu poczułem się bezpieczny na swoim miejscu.
Ze względu na planowane zwiększenie zatrudnienia, Czesi polecili nam wyremontowanie baraku hotelowego, który stał w chaszczach, nieużytkowany przez dobre 15 lat. Przedstawiał obraz rozpaczy i beznadziei. Przez dwa tygodnie, od świtu do zmierzchu, pracowaliśmy żeby doprowadzić go do stanu używalności. Wykarczowaliśmy i uporządkowaliśmy otoczenie, naprawiliśmy podłogi i instalacje elektryczne i wod-kan. Po pomalowaniu z zewnątrz i wewnątrz, stał się miejscem przytulnym, do którego chętnie się przenieśliśmy się. Postanowiliśmy zrobić uroczyste otwarcie z pieczeniem kiełbasek na ognisku (przy okazji, spalimy wykarczowane chaszcze i stare elementy wymienionej stolarki), zaprosić rodziny i kierownictwo elektrowni. Impreza wypadła znakomicie, wszyscy byli zadowoleni, a Czesi nie mogli wyjść z podziwu, że tak szybko i pięknie wyremontowaliśmy taką ruinę.Czas wolny od pracy, skupiał sie głownie na wyjazdach do pobliskiej Karwiny , na zakupy, albo na wieczornym biesiadowaniu w piwiarni. Tutaj "zaliczyłem" osobisty rekord wypicia sześciu piw, podczas wieczoru. Ale nigdy przedtem ani potem nie oddałem tyle moczu i tyle razy.
Pozytywnie zaskoczył mnie pewien niespotykany w Polsce zwyczaj w w przyzakładowej przychodni zdrowia. Otóż, każdy kto rejestrował się do lekarza, musiał przynieść próbkę moczu, a pielęgniarka od razu pobierała krew. Po dwu, trzech godzinach, kiedy lekarz rozpoczął przyjmowanie pacjentów, miał w kartotece świeże wyniki badania moczu i krwi, co doskonale ułatwiało mu stawianie diagnozy i zastosowanie odpowiedniego leczenia farmakologicznego. Ot, ciekawostka, ale warta przemyślenia. Pomimo , że koledzy byli towarzyscy, to brakowało mi spotkań przy kufelku ze Stanikiem, Honzą i Miro. Co prawda, spotkałem się z nimi kila razy, ale ja musiałem wracać samochodem, a bez „złocistego napoju”, rozmowa nie „kleiła się”. Podczas weekendowych wyjazdów do domu, spotykałem się na granicy z kolegami z Ostrawy, z którymi zamieniałem kila słów. Długo można by jeszcze opisywać różne zdarzenia, z okresu mojej profesjonalnej przygody, w kombinezonie robotnika, na terenie Bohemii czyli Czech (chociaż powinienem pisać na Morawach), ale nie o wszystkim można pisać, a reszta mogłaby zanudzić. Dlatego na tym skończę i po ponad rocznym pobycie na budowach eksportowych, wróciłem do kraju.Bogatszy o cenne doświadczenia zawodowe i poznawcze kraju sąsiadów. Obiecuję jednak dalej pisać, tym bardziej, że w perspektywie, jest powrót do Ostrawy , do pracy……Ale o tym potem.
piątek, 10 sierpnia 2012
Moja drobna tajemnica i grilowane makrele...
W niedzielny wieczór, większość moich kolegów z brygady, wróciła z domu. Reszta dojechała rankiem, to Ci, którzy mieszkali bliżej. W pracy, wyczułem nagle jakiś niezrozumiały dystans, niby nic, ale jakoś tak bardziej oficjalnie zwracał się do mnie brygadzista, a koledzy, z którymi pracowałem, patrzyli na mnie z ukosa. Podczas przerwy śniadaniowej, po jedzeniu, kiedy piliśmy kawę, Jasiek, z którym pracowałem i z którym najbardziej się zbliżyłem, zapytał: ”Czy to prawda, co mówią w Opolu?”. Zrozumiałem wtedy, że moja drobna tajemnica, się wydała. Wstałem i przepraszając wszystkich, za to, że nie do końca powiedziałem im wszystko o sobie. A szczególnie to, że jestem inżynierem z długoletnią praktyką, również na stanowiskach kierowniczych, ale nie kierowało mną kłamstwo, ani strach, tylko chęć pokazania siebie i tego, co potrafię a czego nie, bez patrzenia na mnie przez pryzmat wyższego wykształcenia. Możecie mnie pytać o wszystko, chętnie odpowiem, jeżeli będę potrafił, ale nie odrzucajcie mnie z tego powodu, jako kolegi. Zapadła cisza, a padło pytanie:, „Dlaczego tu przyjechałeś, pracować w brudzie, smrodzie, dźwigając ciężary. Narażając się na niebezpieczeństwo w pracy, którego przecież doświadczasz razem z nami. Przecież mogłeś przyjechać, jako Kierownik albo Majster, miałbyś swoje biuro i robotę papierkową, którą na pewno znasz, a i zarobek większy od naszego? Odpowiedź na te pytania, nie była prosta i krótka, dlatego zaproponowałem, że wyjaśnię i opowiem o sobie wieczorkiem przy piwku, bo teraz szkoda czasu, a krótko, nie da się tego opowiedzieć.
Wieczorem, w hotelu, spotkaliśmy się w naszym pokoju. Byli prawie wszyscy, nie wyłączając majstra i Kierownika, zaciekawionych tym zgromadzeniem. Opowiedziałem im o swojej dotychczasowej pracy, o zdobywaniu kolejnych doświadczeń zawodowych, na różnorodnych stanowiskach pracy, począwszy od marynarza w Żegludze na Odrze, poprzez konstruktora w biurze projektów i inspektora nadzoru na budowach stopni wodnych, po Naczelnego Inżyniera w firmie Transportowo-Sprzętowej i Głównego Mechanika w przedsiębiorstwie budującym wodociągi na wsi. Na tych wszystkich stanowiskach pracy, uczyłem się nie tylko swojego zawodu i umiejętności zarządzania zespołami ludzi, ale też szacunku i pokory w stosunku do tych, którzy tą pracę wykonują. Ale nie to spowodowało, że trafiłem na budowę, eksportową w charakterze montera. Moje najlepsze zarobki, z czasu pełnienia obowiązków Z-cy Dyrektora, były kilkakrotnie niższe, od zarobków na budowie za granicą, z powodu przelicznika dolarowego. A przecież, po za tym, że jestem inżynierem, to mam dwie córki i chciałbym im zapewnić jak najlepsze warunki życia. Dlatego tu jestem, razem z Wami, staram się wykonywać polecenia, najlepiej jak potrafię, wielu rzeczy uczę się od Was. Myślę, że moje dotychczasowe doświadczenia zawodowe, mogą się kiedyś przydać w naszej pracy. Proszę, żebyście traktowali mnie tak, jak do tej pory, jak Mundka z Opola….Był to w sumie mój monolog, trwający ponad godzinę. Potem wszyscy, rozeszli się do swoich pokoi, a ja poszedłem na spacer, żeby ochłonąć. Kiedy stałem koło hotelu i paliłem papierosa, wyszli do mnie Jasiek i Władek Powiedzieli krótko: ”Chodź z nami na piwo do piwiarni, niedaleko stąd, do Cygana”. Była to typowa czeska piwiarnia, bez miejsc siedzących, tylko wysokie stoły i tłum ludzi. Piwo podawane w cienkim szkle, chłodne, z pianką, którą można było kroić w kostkę. Szklanki pokryte kropelkami rosy, a w nich, ciemny klarowny płyn. To „Velko Popovicky Kozel”, rzadko podawany w Ostrawie, powiedział Władek. Najlepszy na stres, dodał Jasiek. Faktycznie, piwo było smakowite, lekko goryczkowate, pełne karmelowego, ale nie słodkiego, aromatu. Wypiliśmy po dwa kufle, jeden po drugim, ciągle miałem apetyt na kolejne, ale koledzy powiedzieli zdecydowanie, dość. Idziemy do hotelu, bo jutro czeka nas praca. Nikt więcej, nie nagabywał mnie o wykształcenie, ani o to, że od początku nie znali prawdy. W pracy, traktowano mnie jak dawniej, jak kogoś, kto bardzo chce, ale czasami nie wie jak, wykonywać polecone zadania. I wtedy, czasami, żartobliwie, ktoś mówił: „..te, inżynier, my to robimy tak…”.Bywały, też sytuacje, gdzie brygadzista, albo majster, nie mogąc zrozumieć, jakiegoś skomplikowanego rysunku technicznego, prosili abym rzucił okiem i potwierdził, że dobrze to interpretują. Gdzieś po trzech miesiącach, zaczęliśmy wykonywać nowy kontrakt, na innej elektrowni, też w Ostrawie. Dojechali nowi ludzie, a wśród nich, dwu magistrów. Jeden nauczyciel historii, a drugi ekonomista. Nie wyjaśniłem, dlaczego zdarzają się takie przypadki, gdzie na stanowiska robotnicze, są zatrudniani, ludzie z wyższym wykształceniem, często, niemającym nic wspólnego, z tym zawodem. Otóż, z reguły pracownica firmy, kiedy przychodzi jej kolejka do wyjazdu za granicę, na budowę eksportową, pozostaje w firmie. A na jej miejsce, jest zatrudniany małżonek, ale bez względu na kwalifikacje, tylko na stanowisko robotnicze, jako monter. Często, dochodzi do sytuacji, gdzie taki człowiek, nieprzyzwyczajony do pracy fizycznej oraz słabej odporności psychicznej i fizycznej, szybko jest eliminowany, przez kierownictwo budowy, albo sam rezygnuje. Mnie, dzięki Bogu, a może Bóg, nie miał z tym nic wspólnego, udało się przetrwać okres swoistej weryfikacji. Teraz mnie, przydzielono, dwu pomocników, do wykonywania prac demontażowych. Były to prace, nieskomplikowane, ale jedne z najbrudniejszych. Zdejmowanie blach i izolacji z wełny mineralnej, z zewnętrznych powierzchni kotła. Po pracy byliśmy, czarni od sadzy, a w płucach mieliśmy pełno pyłu i odrobinek wełny mineralnej. Długo trzeba było odkrztuszać to paskudztwo z płuc( pomimo tego, że pracowaliśmy w maseczkach ochronnych), żeby odzyskać możliwość oddychania, bez drażniącego drapania w gardle. Piwo, było wtedy znakomitym napojem, pomagającym szybko dojść do siebie. Szybko nadeszła jesień, a wraz z nią, zaproszenia od czeskich przyjaciół, z którymi, utrzymywałem kontakt, spotykając się na piwie. W Polsce, popularne były biesiady przy pieczonych nad ogniskiem kiełbaskami. Natomiast, Stanik, którego rodzice mieszkali na wsi pod Ostrawą, zaprosił mnie i oczywiście swoich przyjaciół Honzę i Miro z rodzinami, na grilowaną makrelę i piwko, a ponieważ, na budowie były drobne opóźnienia i musieliśmy pracować w sobotę, to bez uszczerbku, dla Rodziny, w sobotni wieczór, pojechałem z Honzą do Krasnego Pola. Okazało się, że okolice Ostrawy, obfitują w przepiękne, zalesione wzgórza, pełne wąwozów, którymi płynęły niewielkie, ale urocze strumyki. Lasy mieszane, o tej porze roku, mieniły się pełnią barw, od jeszcze gdzieniegdzie zieleni, po złoto i pełną czerwień, przez które przebijały się promienie, popołudniowego jesiennego słońca. Dom rodziców Stanika, położony na zboczu dość wysokiego wzgórza, okazał się typowym budynkiem, jakich wiele, można znaleźć w każdej wsi, ale Stanik z rodzicami i rodzeństwem ( a ma dwu braci i siostrę), przerobił go w rodzaj uroczego pensjonatu, urządzając i przystosowując, dawne pomieszczenia gospodarcze, na pokoje gościnne. Dawną stodółkę, zamienili w rodzaj altany, w której na środku zbudowali wielkiego grilla, z wysokim kominem, naokoło ustawione były ławy i stoły. Na ścianach, powieszono różne stare narzędzia rolnicze, a przy wejściu stał wóz drabiniasty, cały wypełniony kolorowymi kwiatami. Kwiaty, to było królestwo Hany, mamy Stanika. Całe otoczenie oraz dom, tonęły w kwiatach i roślinach, a gospodarz Rudolf, chwalił się kilkoma krzewami dorodnych winorośli, obsypanych przepięknymi ciemnoczerwonymi, ciężkimi kiściami winogron. Atmosfera, tego spotkania, od samego początku była przyjacielska i bezpośrednia. Po wypiciu znakomitego, schłodzonego w płynącym za bramą potoczku, piwa, Stanik przystąpił do grillowania, na specjalnym ruszcie, głównego dania, to jest makreli. Ponieważ ryba nie potrzebuje długiego pieczenia, to po krótkiej chwili, była gotowa. Nigdy nie próbowałem, tak przyrządzonej ryby, a już na pewno makreli. Owszem, nieraz po złapaniu na wędkę, płoci czy okonka, zdarzało się nabić go na patyk i upiec nad ogniskiem, ale ta makrela smakowała wyśmienicie i zupełnie inaczej, a do tego podane białe, morawskie winko, uzupełniało znakomicie smak tej potrawy. Czesi, a właściwie Morawianie, są narodem uwielbiającym śpiewanie ludowych piosenek, podczas takich biesiad, zresztą u nas też tak bywa. W związku z tym podczas tego przemiłego wieczoru, pośpiewaliśmy razem, (bo nauczono mnie słów kilku popularnych piosenek), ale najbardziej zapadła mi w pamięć piosenka o winie-„Wineczko bile…”. Zostałem zaskoczony, przez gospodarzy prośbą o zaśpiewnie polskiej piosenki ludowej, a kiedy zacząłem śpiewać „Góralu….”, okazało się, że to znają i śpiewaliśmy razem. Późną nocą, zmęczeni poszliśmy spać. Rano, po kawie i znakomitych ostrawskich kiełbaskach na gorąco, z rohlikami, wróciliśmy do Ostrawy. Wskutek tych spotkań, z czeskimi kolegami, zauważyłem, że coraz częściej zdarza mi się rozmawiać z nimi po czesku, a oni moje błędy delikatnie poprawiają i są zadowoleni, że „łapię czeszczinę”. Ja, zresztą też nie mam nic przeciwko temu.
piątek, 3 sierpnia 2012
Ciąg dalszy wekendu
Sobotni poranek, zapowiadał słoneczny i upalny dzień. Moja forma nie była najlepsza, wypiłem poranną kawę i zastanawiałem się, co dalej, kiedy przyszła Krista, kierowniczka hotelu i powiedziała, że na dole czeka na mnie Honza. Zdziwiłem się, ale wyszedłem przed hotel. Na mój widok Honza zawołał: „ A Ty jeszcze nie gotowy, przecież jedziemy na kąpielisko!” Obok samochodu stała jego żona i córeczka. Całkowicie zaskoczony, wróciłem na górę po kąpielówki i ręcznik. Okazało się, że wczoraj umówiliśmy się na wspólny wyjazd, na kąpielisko, w dzielnicy Ostrawy-Porubie, całkowicie o tym zapomniałem. Kąpielisko, było naturalnym, sporym jeziorkiem, którego ok.1/3 linii brzegowej było zagospodarowane dla potrzeb rekreacji. Była piękna piaszczysta plaża, brzeg umocniony i wyłożony betonowymi płytkami. Przed wejściem do wody, trzeba było przejść przez koryto, uformowane z tych płytek, wypełnione wodą, aby nie brudzić wody. Wokół stały stoiska małej gastronomii. Można było kupić przekąski, kanapki, słodycze, lody, zimne napoje, ale mnie zaskoczyło sprzedawane piwo. Większość ludzi, płci obojga, piło piwo i nikt nie był pijany. Honza, wyjaśnił, że to piwo jest słabsze, tzw., 10. Ale jakby nie patrzeć, to jednak zawierało pewne ilości alkoholu. Wkrótce, zjawili się Miro i Stanik z rodzinami. Całe, to towarzystwo, znające się od lat, bez żadnych uprzedzeń, zaakceptowało moją obecność. Rozmawialiśmy, żartowali ze śmiesznych różnic w naszych językach, graliśmy w karty, ale przede wszystkim kąpaliśmy się, pływaliśmy…..Dobre towarzystwo, piękna pogoda i okoliczności, sprawiły, że czas upłynął bardzo szybko. Postanowiliśmy, że musimy powtórzyć takie spotkanie. Po powrocie do hotelu, byłem tak znużony upałem i wodą, że zasnąłem i spałem do rana. Rano zbudziłem się głodny i spragniony, a tu niespodzianka. Oprócz kawy i wody mineralnej, nie ma nic do jedzenia. Pomyślałem, że wyskoczę do sklepu i coś kupię. Ale sklepy spożywcze, niestety były w niedzielę zamknięte. Pojechałem do śródmieścia i ta sama sytuacja. Zrobiło się południe, kiedy wreszcie trafiłem do otwartej już, małej piwiarni, pustej jeszcze o tej porze. Zamawiając piwo, mogłem kupić zakąskę, w postaci pajdy chleba ze specyficznym serem i plastrami cebuli. Zagadnięty kelner, powiedział, że restauracje w niedzielę, otwarte są dopiero około godziny 17.Po powrocie do hotelu, spotkałem kierowniczkę, która zresztą mieszkała w mieszkaniu służbowym, z odrębnym wejściem. Krista spytała mnie wprost, czy jadłem obiad, a kiedy odpowiedziałem, że niestety nie, bo niczego nie kupiłem, a restauracje są jeszcze nieczynne, zaprosiła mnie do siebie na obiad. Razem z jej mężem i synem, zjedliśmy wspaniały, śląski obiad, czyli rosół z makaronem i rolady wołowe z kluskami i sosem pieczeniowym, a do tego modra kapusta. Całkowicie zaskoczony, zapytałem skąd taki niedzielny obiad, przecież to specjalność Śląska, a Krista odpowiedziała, że jej rodzina, pochodzi z pogranicza czesko-polskiego, a kawałek zaoranej ziemi, nie może rozdzielić zwyczajów, gwary i jadłospisu, mieszkających tam ludzi, zresztą część rodziny mieszka po polskiej stronie. Stąd również jej znajomość gwary śląskiej. Całe popołudnie, przegadaliśmy, poznając się wzajemnie, a ja upewniłem się w przekonaniu, że ludzie, zawsze znajdą wspólny język, nawet, jeżeli różnią się od siebie. Ponadto, nigdy i nikomu nie pozwolę powiedzieć, że Czesi, nie lubią Polaków, bo to kłamliwy stereotyp. Tak miło i niespodziewanie udanie minął ten weekend.
Pierwszy wekend w Ostrawie
Następne dni, tej niezwyczajnej dla mnie pracy, przyniosły kolejne, niemiłe doświadczenia. Budynek kotłowni, jak większość pomieszczeń przemysłowych, to była hala, zmontowana z konstrukcji stalowych, opierzona blachą. Strop, stanowiły stalowe kratownice, umieszczone, od poziomu obsługowego ok.15 m, a od sklepienia kotła, gdzieś ze 3 m. Po to, aby można było, przy pomocy wciągarki, transportować do wnętrza kotła materiały i urządzenia oraz wyciągać demontowane elementy, należało zamontować system zbloczy( odpowiednich rolek). Jedno takich zbloczy, polecono mi zamontować na kratownicy stropowej, nad poziomem obsługowym. Spojrzałem w górę i zrozumiałem, że mogę się tam dostać się tylko wdrapując się po konstrukcji słupa, a następnie przechodząc ok. 5 m, po kratownicy. Nigdy tego nie robiłem, a żeby było weselej, to miałem wrodzony lęk wysokości, ale nie mogłem przyznać się do tego, w moim mniemaniu. Więc, zarzuciłem na ramię linę konopną i ruszyłem w górę. Wejście po słupie, pod strop, poszło mi dość gładko, ale już przejście na nogach, po belce kratownicy, która miała szerokość ok.10 cm i leżało na niej 5 centymetrowa warstwa pyłu, i nie było, czego się złapać, przekraczało granice mojej odwagi. Usiadłem, więc na tej belce, ku uciesze zgromadzonych na dole kolegów, i zgarniając rękami i siedzeniem, wspomniany pył, posuwałem się do przodu. Po opuszczeniu linki, wciągnięto do góry zawiesie a potem zblocze, które bez problemu zamontowałem. Trudniejszy okazał się powrót, w podobny sposób. Po zameldowaniu brygadziście, że robota wykonana, zapytał: „ A dlaczego nie powiedziałeś, że nigdy nie byłeś na wysokości, ja za Ciebie odpowiadam i gdyby się coś stało, to miałbym kłopoty……….”. Kropki to niecenzuralne słowa, jakimi mnie uraczył. Doskonale wiedziałem, że ma rację, więc go przeprosiłem i wtedy usłyszałem:, ”ale masz jaja chłopie”.
Kolejna sprawa to kąpiel po pracy. Byłem przyzwyczajony do wspólnej kąpieli, bo często chodziłem na basen, ale tu rozpiętość wieku od dwudziestoparolatków, do panów pod sześćdziesiątkę, powodowała u nich skrępowanie(takie przynajmniej odniosłem wrażenie). Wiadomo, że ciało młodego mężczyzny w porównaniu z dojrzałym, spracowanym starszym panem, wygląda o wiele lepiej, ale to młodzi krępowali się swojej nagości. Odwracali się do ściany, z reguły zajmowali narożniki. Kiedy po jakimś czasie, podczas rozmowy, poruszyłem ten intrygujący mnie temat, usłyszałem, że to nie wstydliwość, ale szacunek dla starszych kolegów. Nie drążyłem dalej tego tematu, aby nie być posądzonym o jakieś niezdrowe zainteresowania. Po wyjściu z szatni, wymyci i ogoleni, całą brygadą, jechaliśmy do restauracji VARNA, zlokalizowanej na naszym osiedlu, bo tutaj mieliśmy wykupione bony obiadowe, które opiewały na określoną wartość, ale każdy mógł zamówić sobie dowolne danie z karty. Wartość tego bonu, była na tyle wysoka, że nie trzeba było specjalnie wybierać najtańsze dania. Ponadto, można było łączyć bony, bo nie były one datowane, jedynie nie można było zamienić ich na gotówkę. Z dań, w tej bułgarskiej restauracji, najbardziej mi smakował „rzizek VARNA”, był to schab, panierowany ciastem z tartych surowych ziemniaków, odpowiednio doprawionych. Najlepsze było jednak, chłodne i wyśmienite piwko po obiedzie. Ja oczywiście, nieprzyzwyczajony, do piwa o tak wczesnej porze, wracałem, do hotelu, na małą drzemkę, ale moi koledzy ruszali, „w miasto”, na zakupy. Ponieważ był to 1984 rok, a w Polsce w sklepach była totalna bryndza, więc znakomita część tych zakupów, to były artykuły spożywcze. W tygodniu kupowano artykuły trwałe i owoce cytrusowe a w piątek przed wyjazdem, wędliny i mięso. Ci z nas, którzy jeździli samochodami, za składkową benzynę, zabierali niezmotoryzowanych, więc wszyscy, mieli z reguły po dwie duże, wypełnione do granic możliwości torby podróżne. Jednak ich zawartość, musiała się przynajmniej, z grubsza zgadzać z zadeklarowaną ilością i wartością we wspomnianej wcześniej, książeczce celnej, bo kontrole na granicy były dość szczegółowe, chociaż wyrywkowe. Ja, nowicjusz, nie miałem jeszcze śmiałości, żeby zabrać się z kimś samochodem, a na podróż pociągiem szkoda było czasu, ponadto połączenia nie bardzo pasowały, więc pierwszy weekend, postanowiłem spędzić w Ostrawie. Oprócz mnie, nie został nikt, bo akurat wszyscy, nawet koledzy z okolic Konina i Turoszowa, wyjechali do rodzin. Piątek minął szybko, obiadek, drobne zakupy żywnościowe(pieniądze miałem, bo szef wypłacił mi drobną zaliczkę), potem połaziłem po sklepach, sycąc oczy bogatym zaopatrzeniem, ładnym wystrojem. Zastanawiałem się, kiedy u nas tak będzie i prawdę mówiąc, nie widziałem przyszłości w różowych kolorach. Wieczorem, poszedłem do jedynej znanej mi knajpki, w której jedliśmy obiady, żeby „zabić” czas i napić się piwa. W progu stanąłem zdumiony. To nie była cicha i pustawa restauracja z pory obiadowej, ale pełna ludzi i gwaru, piwiarnia, gdzie z trudem znalazłem wolne miejsce. Przysiadłem się do trzech, młodszych od siebie, mężczyzn, którzy głośno o czymś rozmawiali i zamówiłem cztery piwa. Moja znajomość języka czeskiego, była bardziej niż skromna, więc niczego prawie nie rozumiałem, za wyjątkiem paru słów, które, brzmiały, jak polskie. Kiedy kelner postawił na stole zamówione piwo, przerwali dyskusję i spojrzeli na mnie, po polsku, powiedziałem: „jestem Edmund, z Polski, może napijecie się ze mną piwa?”. Spojrzeli po sobie podejrzliwym wzrokiem, a na sali zapadła nagle cisza. Z jednego ze stolików, łamaną polszczyzną, odezwał się starszy człowiek i zapytał, czego tak naprawdę od nich chcę? Odpowiedziałem, że tylko napić się piwa, a ponieważ nie lubię pić piwa sam, a nie znam tu nikogo, bo niedawno przyjechałem i na dodatek nie znam czeskiego, to postawiłem piwo tym, którzy siedzą ze mną przy stoliku. Podszedł do mnie i powiedział, że wszyscy chętnie napiją się ze mną piwa. Gorączkowo w myśli, przeliczyłem swoje zasoby gotówki i skinąłem na kelnera. Kiedy już rozniesiono piwo dla wszystkich, mój rozmówca zawołał: ”wypijmy za naszego nowego znajomego, nazywa się Edo” W taki sposób, przyjęto mnie do lokalnego towarzystwa. Siedzący, przy stoliku podnieśli kufle i kolejno przedstawili się. Imiona typowo czeskie, Honza, Miro i Stanik. Okazało się, że też pracują w elektrowni „Jan Sverma”, gdzie była nasza brygada. Wieczór minął szybko, wypiłem tyle piwa, że co chwilkę musiałem wędrować do toalety. Rozmawialiśmy, coraz lepiej się rozumiejąc, ja łapałem szybko, czeskie zwroty i słówka, a oni starali się zrozumieć, jak najwięcej z języka polskiego. Było miło, ale koło godziny 23, moi nowi koledzy, odprowadzili mnie pod hotel. Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem
Subskrybuj:
Posty (Atom)