Praca w nadzorze, w zgranym zespole dawała mi dużo satysfakcji i nowych doświadczeń zawodowych, czerpanych od starszych stażem kolegów z zespołów pracujących na innych odcinkach rzeki Odry.Realizując program rządowy, modernizacji rzeki Odry, wydawało się że uzyskanie IV klasy żeglowności, jest kwestią krótkiego czasu. Jak bardzo się myliłem widać dzisiaj, po upływie 36 lat, kiedy ten temat znowu wraca do dyskusji, a budowane wtedy budowle hydrotechniczne, dzisiaj są remontowane i modernizowane,ale tego tempa i rozmachu z tamtego okresu chyba nie osiągną.
Ale wróćmy do moich losów. Otóż pewnego dnia rano, kolega z którym się przyjaźniłem, zadał mi pytanie: "Chcesz zostać Dyrektorem? Bo otrzymałem taką propozycję,ale mnie to nie pasuje ze względu na moje poglądy polityczne. Natomiast myślę ,że Ty dałbyś sobie radę.Spełniasz wszystkie wymogi.
Zaskoczył mnie tą propozycją, ale po chwili zastanowienia zgodziłem się na rozmowę z Dyrektorem Zjednoczenia. Po dwu dniach otrzymałem zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Z kompletem dokumentów, zjawiłem się w sekretariacie Dyrektora Naczelnego Zjednoczenia. Tremę miałem chyba wypisaną na twarzy , bo miła sekretarka powiedziała:"Spokojnie, szef nie jest taki groźny, a Pan niech mi tu nie zasłabnie z emocji..."
Rozmowa, wbrew moim oczekiwaniom nie zaczęła się od spraw zawodowych, ale od pytania kogo i jak dobrze, znam pracowników Urzędu Wojewódzkiego, Komitetu PZPR Miejskiego i Wojewódzkiego i innych instytucji. Ponieważ nie pochodziłem z Opola, więc moje koneksje były skromne. Miałem co prawda kilku dawnych znajomych z ruchu młodzieżowego ,którzy "poszli w politykę, oraz kilku starszych kolegów, którzy zawędrowali do stolicy i tam robili karierę polityczną, ale nie byłem pewny, czy to wystarczy Panu Dyrektorowi, ale po kilku jeszcze pytaniach dotyczących praktyki zawodowej, rozmowa dobiegła końca. Po wyjściu z gabinetu, sekretarka poprosiła o dokumenty i powiedziała żeby czekać na telefon z zaproszeniem na kolejną rozmowę.W sumie nie wiedziałem,czy spełniam oczekiwania i czy mam się liczyć z otrzymaniem tej pracy. Nie zdawałem sobie sprawy co mnie czeka i jakie wydarzenia historyczne, będą się rozgrywać na moich oczach.
poniedziałek, 28 grudnia 2015
czwartek, 23 lipca 2015
Droga....c.d. III
Wczasy z córką, moim najmłodszym bratem i naszymi rodzicami udały się wspaniale,pomimo zakwaterowania w prymitywnym domku kempingowym.Pogoda była wspaniała, woda w morzu ciepła/ mówią że temperatura wody w Bałtyku spada w miarę starzenia się człowieka, coś w tym jest.../.Nasi rodzice byli wtedy pierwszy i ostatni raz nad morzem. Smażone ryby, frytki, gofry, pączki, dansing ze striptizem/ Ojciec był strasznie zgorszony/, te wspomnienia żyją do dzisiaj.
Oczywiście po powrocie, czekało na mnie wypowiedzenie stanowiska i umowy o pracę. Było mi przykro, mogłem się odwoływać, ale nie chciałem już pracować z tym przełożonym. Ponieważ miałem 3 miesiące wypowiedzenia, więc wynajdowano mi różne zastępcze prace, w końcu zlecono mi inwentaryzacje sprzętu i narzędzi na jednej z budów eksportowych na terenie ówczesnej Czechosłowacji. Prace trwały tydzień, wszystko przebiegło dobrze, ale podczas powrotu, już pod Opolem, zdarzył się wypadek samochodowy, po którym byłem ponad miesiąc na zwolnieniu lekarskim. Wszystkie moje plany uległy zmianie. Miałem skończyć szkolenie, po którym zostałbym dyplomowanym inspektorem Państwowej Inspekcji Pracy, ale kurs rozpoczął się w czasie mojego zwolnienia powypadkowego. Ponadto wypadek w drodze z pracy /bo tak to zakwalifikowano de' fakto/, automatycznie anulował moje wypowiedzenie. Po zakończeniu leczenia, skierowano mnie do pracy na budowę jazu, w charakterze z-cy kierownika budowy.W ramach tego kierownictwa było też zlecenie modernizacji śluz, realizację którego powierzono mnie.Była to praca, która dawała mi dużo satysfakcji, ale ta przygoda z wykonawstwem, zakończyła się po pół roku. Powodem były niesnaski z przedstawicielami Dyrekcji. Od pewnego czasu, prowadzono ze mną rozmowy, na temat ewentualnego przeniesienia się do pracy w nowo organizowanym Biurze Nadzoru Inwestorskiego nad modernizacją rzeki Odry, na stanowisko St. Inspektora Nadzoru z interesującą płacą, więc skorzystałem z propozycji. To rozwiązanie, zadowalało wszystkich. A ja pracowałem, w tym samym terenie, tylko w innym charakterze i z innej pozycji. Oczywiście nadzorowałem teraz pięć budów, więc codziennie przemierzałem samochodem około 100-150 km, ale praca była ciekawa i uczyłem się nowych technologii. Pracowało mi się dobrze w zgranym zespole, ale życie szykowało mi niespodziankę i nowe wyzwania.
Oczywiście po powrocie, czekało na mnie wypowiedzenie stanowiska i umowy o pracę. Było mi przykro, mogłem się odwoływać, ale nie chciałem już pracować z tym przełożonym. Ponieważ miałem 3 miesiące wypowiedzenia, więc wynajdowano mi różne zastępcze prace, w końcu zlecono mi inwentaryzacje sprzętu i narzędzi na jednej z budów eksportowych na terenie ówczesnej Czechosłowacji. Prace trwały tydzień, wszystko przebiegło dobrze, ale podczas powrotu, już pod Opolem, zdarzył się wypadek samochodowy, po którym byłem ponad miesiąc na zwolnieniu lekarskim. Wszystkie moje plany uległy zmianie. Miałem skończyć szkolenie, po którym zostałbym dyplomowanym inspektorem Państwowej Inspekcji Pracy, ale kurs rozpoczął się w czasie mojego zwolnienia powypadkowego. Ponadto wypadek w drodze z pracy /bo tak to zakwalifikowano de' fakto/, automatycznie anulował moje wypowiedzenie. Po zakończeniu leczenia, skierowano mnie do pracy na budowę jazu, w charakterze z-cy kierownika budowy.W ramach tego kierownictwa było też zlecenie modernizacji śluz, realizację którego powierzono mnie.Była to praca, która dawała mi dużo satysfakcji, ale ta przygoda z wykonawstwem, zakończyła się po pół roku. Powodem były niesnaski z przedstawicielami Dyrekcji. Od pewnego czasu, prowadzono ze mną rozmowy, na temat ewentualnego przeniesienia się do pracy w nowo organizowanym Biurze Nadzoru Inwestorskiego nad modernizacją rzeki Odry, na stanowisko St. Inspektora Nadzoru z interesującą płacą, więc skorzystałem z propozycji. To rozwiązanie, zadowalało wszystkich. A ja pracowałem, w tym samym terenie, tylko w innym charakterze i z innej pozycji. Oczywiście nadzorowałem teraz pięć budów, więc codziennie przemierzałem samochodem około 100-150 km, ale praca była ciekawa i uczyłem się nowych technologii. Pracowało mi się dobrze w zgranym zespole, ale życie szykowało mi niespodziankę i nowe wyzwania.
poniedziałek, 23 marca 2015
Droga......cdn.II cz.
Nowa miejsce pracy, nowi współpracownicy, którzy niezbyt przychylnie przyjęli kogoś z zewnątrz. Tym bardziej , że niektórzy liczyli na awans. W związku z czym, początki były trudne, jak zresztą zawsze w takiej sytuacji bywa. Jedynym sposobem/ jak mi się wtedy wydawało/ zjednania sobie pracowników, było przekonanie ich o znajomości zagadnień, którymi przyszło mi się zajmować. Po skontrolowaniu planów inwestycyjnych i ich realizacji oraz gospodarki środkami trwałymi, już miałem obraz niedociągnięć na tych odcinkach, ale to spowodowało, jeszcze większą niechęć do mnie, bo musiałem zwrócić uwagę osobom prowadzącym te zagadnienia.
Dzień po dniu, starałem się poprawiać funkcjonowanie powierzonego mi działu. Z czasem emocje pracowników opadły, bo zrozumieli, że znam się na pracy i nie pozwolę nikomu na lekceważenie swoich obowiązków.
Ta praca, dawała mi wiele satysfakcji, bo widziałem jak zaczyna poprawnie funkcjonować współpraca z innymi działami, jak choćby z księgowością, gdzie wcześniej był ciągły konflikt i udowadnianie sobie racji. A po rygorystycznym przestrzeganiu procedur, wszystko wróciło na "właściwe tory".Oczywiście błędy w postępowaniu leżały po ob u stronach, ale wszystko można sobie rzeczowo wyjaśnić.
Paradoksalnie, ta "naprawa" stosunków z księgowością nie podobała się tym którzy wcześniej, swoje błędy, usprawiedliwiali złą wolą drugiej strony.
Po dwu latach pracy, udało się doprowadzić dział i podległe mi jednostki, t.j. stocznię i bazę sprzętowo transportową, do w miarę poprawnego funkcjonowania.
W tym czasie , moja żona zapadła na gruźlicę płuc/ wskutek niedoleczonych gryp i przeziębień/ i wylądowała w szpitalu. Żeby moja córka, zmieniła klimat, przydzielono mi wczasy nad morzem. Wszystko było załatwiane przez zakład pracy, dużo wcześniej , szef podpisał mi wniosek o urlop. Ale dzień przed początkiem urlopu wezwał mnie szef i powiedział, że odwołuje mój urlop, bo coś nie zostało zrobione. Kiedy stwierdziłem , że powinien to zrobić pracownik i ja do tego nie jestem potrzebny, szef zagroził, że mnie zwolni jeżeli pojadę na te wczasy.
Ale zdrowie mojej córki było ważniejsze i pojechaliśmy nad morze.....
Dzień po dniu, starałem się poprawiać funkcjonowanie powierzonego mi działu. Z czasem emocje pracowników opadły, bo zrozumieli, że znam się na pracy i nie pozwolę nikomu na lekceważenie swoich obowiązków.
Ta praca, dawała mi wiele satysfakcji, bo widziałem jak zaczyna poprawnie funkcjonować współpraca z innymi działami, jak choćby z księgowością, gdzie wcześniej był ciągły konflikt i udowadnianie sobie racji. A po rygorystycznym przestrzeganiu procedur, wszystko wróciło na "właściwe tory".Oczywiście błędy w postępowaniu leżały po ob u stronach, ale wszystko można sobie rzeczowo wyjaśnić.
Paradoksalnie, ta "naprawa" stosunków z księgowością nie podobała się tym którzy wcześniej, swoje błędy, usprawiedliwiali złą wolą drugiej strony.
Po dwu latach pracy, udało się doprowadzić dział i podległe mi jednostki, t.j. stocznię i bazę sprzętowo transportową, do w miarę poprawnego funkcjonowania.
W tym czasie , moja żona zapadła na gruźlicę płuc/ wskutek niedoleczonych gryp i przeziębień/ i wylądowała w szpitalu. Żeby moja córka, zmieniła klimat, przydzielono mi wczasy nad morzem. Wszystko było załatwiane przez zakład pracy, dużo wcześniej , szef podpisał mi wniosek o urlop. Ale dzień przed początkiem urlopu wezwał mnie szef i powiedział, że odwołuje mój urlop, bo coś nie zostało zrobione. Kiedy stwierdziłem , że powinien to zrobić pracownik i ja do tego nie jestem potrzebny, szef zagroził, że mnie zwolni jeżeli pojadę na te wczasy.
Ale zdrowie mojej córki było ważniejsze i pojechaliśmy nad morze.....
środa, 11 marca 2015
Moja droga do stanowiska Z-cy Dyrektora. Cz.I
Po ukończeniu studiów, postanowiłem zmienić pracę na lepiej płatną, co nie było wcale takie proste. Co prawda stanowisk pracy było dużo , ale doszedłem do takiego poziomu wynagrodzenia, że trudno było, bez poparcia coś znaleźć. W desperacji, dałem się namówić na wizytę w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Rozmowa w wydziale Kadr, trwała ponad 2 godziny i miała charakter przesłuchania. Okazało się , że wiedziano o mnie i mojej rodzinie, więcej niż ja sam.Wypytywano mnie o brata mojej Babci, który był oficerem i po dojściu Piłsudskiego do władzy,popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę , o mojego Dziadka, który służył w armii gen. Hallera i wiele innych zdarzeń z przeszłości mojej rodziny, o których nic nie wiedziałem. W końcu wręczono mi ankietę personalną/ formatu A-4 i objętości ok.60 stron/, polecono dokładnie wypełnić i przynieść za kilka dni.
Oszołomiony tą rozmową , wsiadłem do pociągu , żeby wrócić do domu. Razem ze mną jechał starszy kolega, który studia skończył rok wcześniej. Zainteresował się tą obszerną broszurą, a kiedy mu powiedziałem co to jest i gdzie byłem na rozmowie, poprosił mnie żebym się wstrzymał z wypełnianiem ankiety i dalszymi rozmowami, przez tydzień, bo on postara się znaleźć mi pracę gdzie indziej.
Postanowiłem poczekać. Za 3 dni zadzwonił do mnie i podał mi adres firmy i nazwisko szefa do którego mam się zgłosić w sprawie pracy. Rozmowa z Dyrektorem była krótka i przyjemna, zaproponował mi stanowisko Gł. Mechanika w przedsiębiorstwie budownictwa hydrotechnicznego, z satysfakcjonującą mnie pensją.I tak ponownie wróciłem nad Odrę.....Pewne trudności związane z rezygnacją z pracy w Milicji, odczuwałem jeszcze przez długie lata...
Oszołomiony tą rozmową , wsiadłem do pociągu , żeby wrócić do domu. Razem ze mną jechał starszy kolega, który studia skończył rok wcześniej. Zainteresował się tą obszerną broszurą, a kiedy mu powiedziałem co to jest i gdzie byłem na rozmowie, poprosił mnie żebym się wstrzymał z wypełnianiem ankiety i dalszymi rozmowami, przez tydzień, bo on postara się znaleźć mi pracę gdzie indziej.
Postanowiłem poczekać. Za 3 dni zadzwonił do mnie i podał mi adres firmy i nazwisko szefa do którego mam się zgłosić w sprawie pracy. Rozmowa z Dyrektorem była krótka i przyjemna, zaproponował mi stanowisko Gł. Mechanika w przedsiębiorstwie budownictwa hydrotechnicznego, z satysfakcjonującą mnie pensją.I tak ponownie wróciłem nad Odrę.....Pewne trudności związane z rezygnacją z pracy w Milicji, odczuwałem jeszcze przez długie lata...
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Dalej o nieprzewidywalności życia czyli jak nie można tak jak powinno być, to się lubi tak jak można...
Ponieważ zbliżają się Święta , czas śpiewania kolęd, zostawmy na chwilę wspomnienia zawodowe.
Od "zawsze", byłem blisko muzyki i śpiewu, mówiono nawet że mam doskonałe wyczucie rytmu i niezły głos.
W naszym domu, mój Ojciec grał na skrzypcach od młodości( był ludowym samoukiem), grywał z kolegami na weselach i zabawach ludowych. Oczywiście były to proste utwory ludowe, nigdy nie miał czasu ani okazji nauczenia się gry klasycznej ani nut. Niemniej to wystarczyło aby przy każdej uroczystości rodzinnej, przygrywać do śpiewu a i do tańca, bo tak u nas to wyglądało.
Oczywiście , w szkole podstawowej , w drugiej klasie zapisał mnie na naukę gry na skrzypcach, bo instrument był w domu. Ja wykręcałem się jak tylko mogłem, ale bez skutku. Ponieważ zupełnie mnie ten instrument nie interesował, jedynym efektem lekcji, były poobijane uszy smyczkiem nauczyciela, w efekcie rodzice zmienili mi instrument na mandolinę( bo Mama trochę grała i też mieliśmy ją w domu), ale i ta nauka poszła w las. Nikt wtedy nie pomyślał, żeby mi szkolić głos w chórze.
Przez długie, szkolne lata śpiewałem na szkolnych akademiach, na kolonijnych ogniskach i oczywiście na rodzinnych uroczystościach. W szkole średniej, koledzy nauczyli mnie kilku akordów na gitarze ( tyle pozostało mi do dzisiaj) co pozwało mi akompaniować sobie do śpiewania kilku piosenek biesiadnych.
W czasie pracy w Zdzieszowicach, wraz z kolegami i Kierownikiem Zakładowego Domu Kultury, założyliśmy zespół muzyczny, który akompaniował trójce solistów( wśród których byłem ja).Zatrudniono zawodowego instruktora, który uczył nas śpiewu i prowadził próby zespołu muzycznego.
Po pół roku intensywnej pracy, wystąpiliśmy z koncertem, przed miejscową publicznością. Występ się spodobał ( była to składanka,skeczy,piosenek i popisy trio harmonijek ustnych), w efekcie otrzymywaliśmy zaproszenia, z wielu dużych domów kultury w kraju, aby uświetnić różnego rodzaje uroczystości. Występy były bezpłatne, zapraszający ponosili jedynie koszty transportu i drobnego posiłku.Ten okres , dający mi dużo satysfakcji( śpiewałem, grałem w trio harmonijek ustnych i współprowadziłem konferansjerkę),trwał ponad dwa lata
Niestety studia wymagały coraz więcej czasu i zostałem zmuszony zawiesić swój udział w pracy zespołu estradowego.
Z tego wspaniałego czasu, pozostało mi obycie ze sceną, umiejętność w miarę poprawnego śpiewania i brak tremy przed publicznymi wystąpieniami. Wtedy wydawało mi się , że to jedynie mała przerwa w tej działalności i zaraz wrócę do tego co lubię, ale życie jak zwykle ma swoje scenariusze.Tamta przygoda ze sceną skończyła się na zawsze.
Choroba, którą przebyłem, zabrała mi to co lubiłem- możliwość śpiewania i pływania w wodzie. Oczywiście próbuję robić i jedno i drugie,ale to tylko.udowadnianie sobie i innym, że nawet bez krtani( z otworem w szyi) można to robić, chociaż to n ie to samo. Ale jak nie można tak jak powinno być, to się lubi tak jak można......
Od "zawsze", byłem blisko muzyki i śpiewu, mówiono nawet że mam doskonałe wyczucie rytmu i niezły głos.
W naszym domu, mój Ojciec grał na skrzypcach od młodości( był ludowym samoukiem), grywał z kolegami na weselach i zabawach ludowych. Oczywiście były to proste utwory ludowe, nigdy nie miał czasu ani okazji nauczenia się gry klasycznej ani nut. Niemniej to wystarczyło aby przy każdej uroczystości rodzinnej, przygrywać do śpiewu a i do tańca, bo tak u nas to wyglądało.
Oczywiście , w szkole podstawowej , w drugiej klasie zapisał mnie na naukę gry na skrzypcach, bo instrument był w domu. Ja wykręcałem się jak tylko mogłem, ale bez skutku. Ponieważ zupełnie mnie ten instrument nie interesował, jedynym efektem lekcji, były poobijane uszy smyczkiem nauczyciela, w efekcie rodzice zmienili mi instrument na mandolinę( bo Mama trochę grała i też mieliśmy ją w domu), ale i ta nauka poszła w las. Nikt wtedy nie pomyślał, żeby mi szkolić głos w chórze.
Przez długie, szkolne lata śpiewałem na szkolnych akademiach, na kolonijnych ogniskach i oczywiście na rodzinnych uroczystościach. W szkole średniej, koledzy nauczyli mnie kilku akordów na gitarze ( tyle pozostało mi do dzisiaj) co pozwało mi akompaniować sobie do śpiewania kilku piosenek biesiadnych.
W czasie pracy w Zdzieszowicach, wraz z kolegami i Kierownikiem Zakładowego Domu Kultury, założyliśmy zespół muzyczny, który akompaniował trójce solistów( wśród których byłem ja).Zatrudniono zawodowego instruktora, który uczył nas śpiewu i prowadził próby zespołu muzycznego.
Po pół roku intensywnej pracy, wystąpiliśmy z koncertem, przed miejscową publicznością. Występ się spodobał ( była to składanka,skeczy,piosenek i popisy trio harmonijek ustnych), w efekcie otrzymywaliśmy zaproszenia, z wielu dużych domów kultury w kraju, aby uświetnić różnego rodzaje uroczystości. Występy były bezpłatne, zapraszający ponosili jedynie koszty transportu i drobnego posiłku.Ten okres , dający mi dużo satysfakcji( śpiewałem, grałem w trio harmonijek ustnych i współprowadziłem konferansjerkę),trwał ponad dwa lata
Niestety studia wymagały coraz więcej czasu i zostałem zmuszony zawiesić swój udział w pracy zespołu estradowego.
Z tego wspaniałego czasu, pozostało mi obycie ze sceną, umiejętność w miarę poprawnego śpiewania i brak tremy przed publicznymi wystąpieniami. Wtedy wydawało mi się , że to jedynie mała przerwa w tej działalności i zaraz wrócę do tego co lubię, ale życie jak zwykle ma swoje scenariusze.Tamta przygoda ze sceną skończyła się na zawsze.
Choroba, którą przebyłem, zabrała mi to co lubiłem- możliwość śpiewania i pływania w wodzie. Oczywiście próbuję robić i jedno i drugie,ale to tylko.udowadnianie sobie i innym, że nawet bez krtani( z otworem w szyi) można to robić, chociaż to n ie to samo. Ale jak nie można tak jak powinno być, to się lubi tak jak można......
niedziela, 21 grudnia 2014
Życie jest nieprzewidywalne-ciąg dalszy
Praca w tym dziale, okazała się wyzwaniem. Był zorganizowany w specyficzny sposób. Nigdy wcześniej (co zrozumiałe) ale i potem, nie spotkałem się z takim sposobem. Dział zajmował obszerną salę, w której ustawiono 10 par biurek, w dwu równoległych rzędach po pięć na stronie, na czele na podwyższeniu( podobnie jak w szkolnej klasie) stało biurko Kierownika Działu, zza którego bacznie obserwował pracę swoich podwładnych. na trzech ścianach były umieszczone szafy. Każdy pracownik miał swoją szafę z segregatorami zawierającymi akta zamówień urządzeń.Możecie sobie wyobrazić, jaki był harmider, kiedy jednocześnie kilku pracowników rozmawiało przez telefon. Każdy pracownik musiał w każdym momencie wyczerpująco poinformować o stadium zaawansowania, każdego z prowadzonych zamówień, a na jednego pracownika przypadało co najmniej 30 do 50.
Ta praca wymagała , bardzo częstych wyjazdów w delegacje, dzięki czemu poznałem wiele miast Polski. Oczywiście podróżowało się pociągami i autobusami. Często bywało tak, że wyjeżdżając w poniedziałek wracałem w czwartek albo i piątek.
Ale była niesamowita satysfakcja, kiedy sprowadzone w elementach urządzenia dźwignicowe,w czasie montażu, były kompletne, a elementów składowych, było i ponad 100 i więcej.
Dzięki tym podróżom, zawierałem mnóstwo nowych znajomości, niejednokrotnie podtrzymywanych przez lata (a trzeba pamiętać, że nie było wtedy telefonów komórkowych ani internetu, bo był to rok 1965). Tak pracowałem przez dwa lata, a potem zacząłem studia wieczorowe i mój pracodawca przeniósł mnie do działu realizacji i nadzoru, o była to praca stacjonarna na budowie.
Pozwalało mi to, na udział w codziennych zajęciach na studiach.Był to trudny okres życia.
Pogodzenie pracy, studiowania, oraz obowiązków rodzinnych (bo w międzyczasie ożeniłem się a potem pojawiło się dziecko), wymagało wielkiego wysiłku ( również od mojej żony, uzupełniającej wykształcenie średnie, w systemie zaocznym). Ale daliśmy radę, z pomocą nieocenionej opiekunki naszej córeczki.
W trakcie studiów , dwukrotnie zmieniałem pracę, w poszukiwaniu lepszej płacy.Ale były to czasy , kiedy ze znalezieniem pracy nie było żadnych trudności.W każdym miejscu pracy zdobywałem nowe doświadczenia, rozszerzałem swój "warsztat" inżyniera, którym zostałem w 1973 roku.
Kolejny epizod zawodowy, to praca na stanowisku dyrektorskim, ale o tym potem...
Ta praca wymagała , bardzo częstych wyjazdów w delegacje, dzięki czemu poznałem wiele miast Polski. Oczywiście podróżowało się pociągami i autobusami. Często bywało tak, że wyjeżdżając w poniedziałek wracałem w czwartek albo i piątek.
Ale była niesamowita satysfakcja, kiedy sprowadzone w elementach urządzenia dźwignicowe,w czasie montażu, były kompletne, a elementów składowych, było i ponad 100 i więcej.
Dzięki tym podróżom, zawierałem mnóstwo nowych znajomości, niejednokrotnie podtrzymywanych przez lata (a trzeba pamiętać, że nie było wtedy telefonów komórkowych ani internetu, bo był to rok 1965). Tak pracowałem przez dwa lata, a potem zacząłem studia wieczorowe i mój pracodawca przeniósł mnie do działu realizacji i nadzoru, o była to praca stacjonarna na budowie.
Pozwalało mi to, na udział w codziennych zajęciach na studiach.Był to trudny okres życia.
Pogodzenie pracy, studiowania, oraz obowiązków rodzinnych (bo w międzyczasie ożeniłem się a potem pojawiło się dziecko), wymagało wielkiego wysiłku ( również od mojej żony, uzupełniającej wykształcenie średnie, w systemie zaocznym). Ale daliśmy radę, z pomocą nieocenionej opiekunki naszej córeczki.
W trakcie studiów , dwukrotnie zmieniałem pracę, w poszukiwaniu lepszej płacy.Ale były to czasy , kiedy ze znalezieniem pracy nie było żadnych trudności.W każdym miejscu pracy zdobywałem nowe doświadczenia, rozszerzałem swój "warsztat" inżyniera, którym zostałem w 1973 roku.
Kolejny epizod zawodowy, to praca na stanowisku dyrektorskim, ale o tym potem...
czwartek, 18 grudnia 2014
Życie jest nieprzewidywalne
Sporo czasu minęło, od chwili napisania ostatniego postu. Miało na to wpływ wiele czynników, ale nie o nich chcę pisać.
Swoje wspomnienia, zakończyłem pożegnaniem z żeglowaniem, a raczej pływaniem po Odrze. Zderzenie z inną rzeczywistością, nie było przyjemne. Zacząłem nową pracę, jako stażysta w dziale Inwestycji, rozbudowywanych Zakładów Koksowniczych w Zdzieszowicach.Była to praca ciekawa. Pod nadzorem doświadczonych fachowców, poznawałem dokumentację techniczną, realizowanej budowy oraz konfrontować projekt na papierze z wykonywanymi pracami w terenie. Nauczono mnie "czytania" skomplikowanych rysunków budowlanych i kosztorysów. Zapoznałem z odpowiedzialną i skomplikowaną pracą geodetów, wytyczających w "dziewiczym" terenie, mające powstać projektowane obiekty. Wszytko to było wspaniałe i fascynujące , oprócz pieniędzy które dostawałem co miesiąc. W porównaniu do zarobków z Żeglugi, to nie było nawet 30%. Dobrze , że mieszkałem u rodziców i n ie musiałem martwić się o wikt i opierunek. W tej mojej pracy, były też mniej wspaniałe momenty, kiedy stażystę wysyłano do zakładowego sklepiku po śniadanie lub papierosy, dla Pana Inżyniera. Dzisiaj odbieram to jako lekcję pokory, ale wtedy wszystko się we mnie burzyło.
Rok stażu minął szybko i po zdaniu egzaminu, przed kilkuosobową komisją, czekałem na propozycję pracy. Wymarzyłem sobie, że może trafię do działu realizacji i będę na bieżąco widział jak dzień po dniu "rosną" budowane obiekty.
Ale zostałem skierowany do działu zaopatrzenia i kompletacji dostaw, dzisiaj nazwano by go działem logistyki.Tak życie konfrontuje marzenia z rzeczywistością.
Swoje wspomnienia, zakończyłem pożegnaniem z żeglowaniem, a raczej pływaniem po Odrze. Zderzenie z inną rzeczywistością, nie było przyjemne. Zacząłem nową pracę, jako stażysta w dziale Inwestycji, rozbudowywanych Zakładów Koksowniczych w Zdzieszowicach.Była to praca ciekawa. Pod nadzorem doświadczonych fachowców, poznawałem dokumentację techniczną, realizowanej budowy oraz konfrontować projekt na papierze z wykonywanymi pracami w terenie. Nauczono mnie "czytania" skomplikowanych rysunków budowlanych i kosztorysów. Zapoznałem z odpowiedzialną i skomplikowaną pracą geodetów, wytyczających w "dziewiczym" terenie, mające powstać projektowane obiekty. Wszytko to było wspaniałe i fascynujące , oprócz pieniędzy które dostawałem co miesiąc. W porównaniu do zarobków z Żeglugi, to nie było nawet 30%. Dobrze , że mieszkałem u rodziców i n ie musiałem martwić się o wikt i opierunek. W tej mojej pracy, były też mniej wspaniałe momenty, kiedy stażystę wysyłano do zakładowego sklepiku po śniadanie lub papierosy, dla Pana Inżyniera. Dzisiaj odbieram to jako lekcję pokory, ale wtedy wszystko się we mnie burzyło.
Rok stażu minął szybko i po zdaniu egzaminu, przed kilkuosobową komisją, czekałem na propozycję pracy. Wymarzyłem sobie, że może trafię do działu realizacji i będę na bieżąco widział jak dzień po dniu "rosną" budowane obiekty.
Ale zostałem skierowany do działu zaopatrzenia i kompletacji dostaw, dzisiaj nazwano by go działem logistyki.Tak życie konfrontuje marzenia z rzeczywistością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)