Nowa miejsce pracy, nowi współpracownicy, którzy niezbyt przychylnie przyjęli kogoś z zewnątrz. Tym bardziej , że niektórzy liczyli na awans. W związku z czym, początki były trudne, jak zresztą zawsze w takiej sytuacji bywa. Jedynym sposobem/ jak mi się wtedy wydawało/ zjednania sobie pracowników, było przekonanie ich o znajomości zagadnień, którymi przyszło mi się zajmować. Po skontrolowaniu planów inwestycyjnych i ich realizacji oraz gospodarki środkami trwałymi, już miałem obraz niedociągnięć na tych odcinkach, ale to spowodowało, jeszcze większą niechęć do mnie, bo musiałem zwrócić uwagę osobom prowadzącym te zagadnienia.
Dzień po dniu, starałem się poprawiać funkcjonowanie powierzonego mi działu. Z czasem emocje pracowników opadły, bo zrozumieli, że znam się na pracy i nie pozwolę nikomu na lekceważenie swoich obowiązków.
Ta praca, dawała mi wiele satysfakcji, bo widziałem jak zaczyna poprawnie funkcjonować współpraca z innymi działami, jak choćby z księgowością, gdzie wcześniej był ciągły konflikt i udowadnianie sobie racji. A po rygorystycznym przestrzeganiu procedur, wszystko wróciło na "właściwe tory".Oczywiście błędy w postępowaniu leżały po ob u stronach, ale wszystko można sobie rzeczowo wyjaśnić.
Paradoksalnie, ta "naprawa" stosunków z księgowością nie podobała się tym którzy wcześniej, swoje błędy, usprawiedliwiali złą wolą drugiej strony.
Po dwu latach pracy, udało się doprowadzić dział i podległe mi jednostki, t.j. stocznię i bazę sprzętowo transportową, do w miarę poprawnego funkcjonowania.
W tym czasie , moja żona zapadła na gruźlicę płuc/ wskutek niedoleczonych gryp i przeziębień/ i wylądowała w szpitalu. Żeby moja córka, zmieniła klimat, przydzielono mi wczasy nad morzem. Wszystko było załatwiane przez zakład pracy, dużo wcześniej , szef podpisał mi wniosek o urlop. Ale dzień przed początkiem urlopu wezwał mnie szef i powiedział, że odwołuje mój urlop, bo coś nie zostało zrobione. Kiedy stwierdziłem , że powinien to zrobić pracownik i ja do tego nie jestem potrzebny, szef zagroził, że mnie zwolni jeżeli pojadę na te wczasy.
Ale zdrowie mojej córki było ważniejsze i pojechaliśmy nad morze.....
poniedziałek, 23 marca 2015
środa, 11 marca 2015
Moja droga do stanowiska Z-cy Dyrektora. Cz.I
Po ukończeniu studiów, postanowiłem zmienić pracę na lepiej płatną, co nie było wcale takie proste. Co prawda stanowisk pracy było dużo , ale doszedłem do takiego poziomu wynagrodzenia, że trudno było, bez poparcia coś znaleźć. W desperacji, dałem się namówić na wizytę w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Rozmowa w wydziale Kadr, trwała ponad 2 godziny i miała charakter przesłuchania. Okazało się , że wiedziano o mnie i mojej rodzinie, więcej niż ja sam.Wypytywano mnie o brata mojej Babci, który był oficerem i po dojściu Piłsudskiego do władzy,popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę , o mojego Dziadka, który służył w armii gen. Hallera i wiele innych zdarzeń z przeszłości mojej rodziny, o których nic nie wiedziałem. W końcu wręczono mi ankietę personalną/ formatu A-4 i objętości ok.60 stron/, polecono dokładnie wypełnić i przynieść za kilka dni.
Oszołomiony tą rozmową , wsiadłem do pociągu , żeby wrócić do domu. Razem ze mną jechał starszy kolega, który studia skończył rok wcześniej. Zainteresował się tą obszerną broszurą, a kiedy mu powiedziałem co to jest i gdzie byłem na rozmowie, poprosił mnie żebym się wstrzymał z wypełnianiem ankiety i dalszymi rozmowami, przez tydzień, bo on postara się znaleźć mi pracę gdzie indziej.
Postanowiłem poczekać. Za 3 dni zadzwonił do mnie i podał mi adres firmy i nazwisko szefa do którego mam się zgłosić w sprawie pracy. Rozmowa z Dyrektorem była krótka i przyjemna, zaproponował mi stanowisko Gł. Mechanika w przedsiębiorstwie budownictwa hydrotechnicznego, z satysfakcjonującą mnie pensją.I tak ponownie wróciłem nad Odrę.....Pewne trudności związane z rezygnacją z pracy w Milicji, odczuwałem jeszcze przez długie lata...
Oszołomiony tą rozmową , wsiadłem do pociągu , żeby wrócić do domu. Razem ze mną jechał starszy kolega, który studia skończył rok wcześniej. Zainteresował się tą obszerną broszurą, a kiedy mu powiedziałem co to jest i gdzie byłem na rozmowie, poprosił mnie żebym się wstrzymał z wypełnianiem ankiety i dalszymi rozmowami, przez tydzień, bo on postara się znaleźć mi pracę gdzie indziej.
Postanowiłem poczekać. Za 3 dni zadzwonił do mnie i podał mi adres firmy i nazwisko szefa do którego mam się zgłosić w sprawie pracy. Rozmowa z Dyrektorem była krótka i przyjemna, zaproponował mi stanowisko Gł. Mechanika w przedsiębiorstwie budownictwa hydrotechnicznego, z satysfakcjonującą mnie pensją.I tak ponownie wróciłem nad Odrę.....Pewne trudności związane z rezygnacją z pracy w Milicji, odczuwałem jeszcze przez długie lata...
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Dalej o nieprzewidywalności życia czyli jak nie można tak jak powinno być, to się lubi tak jak można...
Ponieważ zbliżają się Święta , czas śpiewania kolęd, zostawmy na chwilę wspomnienia zawodowe.
Od "zawsze", byłem blisko muzyki i śpiewu, mówiono nawet że mam doskonałe wyczucie rytmu i niezły głos.
W naszym domu, mój Ojciec grał na skrzypcach od młodości( był ludowym samoukiem), grywał z kolegami na weselach i zabawach ludowych. Oczywiście były to proste utwory ludowe, nigdy nie miał czasu ani okazji nauczenia się gry klasycznej ani nut. Niemniej to wystarczyło aby przy każdej uroczystości rodzinnej, przygrywać do śpiewu a i do tańca, bo tak u nas to wyglądało.
Oczywiście , w szkole podstawowej , w drugiej klasie zapisał mnie na naukę gry na skrzypcach, bo instrument był w domu. Ja wykręcałem się jak tylko mogłem, ale bez skutku. Ponieważ zupełnie mnie ten instrument nie interesował, jedynym efektem lekcji, były poobijane uszy smyczkiem nauczyciela, w efekcie rodzice zmienili mi instrument na mandolinę( bo Mama trochę grała i też mieliśmy ją w domu), ale i ta nauka poszła w las. Nikt wtedy nie pomyślał, żeby mi szkolić głos w chórze.
Przez długie, szkolne lata śpiewałem na szkolnych akademiach, na kolonijnych ogniskach i oczywiście na rodzinnych uroczystościach. W szkole średniej, koledzy nauczyli mnie kilku akordów na gitarze ( tyle pozostało mi do dzisiaj) co pozwało mi akompaniować sobie do śpiewania kilku piosenek biesiadnych.
W czasie pracy w Zdzieszowicach, wraz z kolegami i Kierownikiem Zakładowego Domu Kultury, założyliśmy zespół muzyczny, który akompaniował trójce solistów( wśród których byłem ja).Zatrudniono zawodowego instruktora, który uczył nas śpiewu i prowadził próby zespołu muzycznego.
Po pół roku intensywnej pracy, wystąpiliśmy z koncertem, przed miejscową publicznością. Występ się spodobał ( była to składanka,skeczy,piosenek i popisy trio harmonijek ustnych), w efekcie otrzymywaliśmy zaproszenia, z wielu dużych domów kultury w kraju, aby uświetnić różnego rodzaje uroczystości. Występy były bezpłatne, zapraszający ponosili jedynie koszty transportu i drobnego posiłku.Ten okres , dający mi dużo satysfakcji( śpiewałem, grałem w trio harmonijek ustnych i współprowadziłem konferansjerkę),trwał ponad dwa lata
Niestety studia wymagały coraz więcej czasu i zostałem zmuszony zawiesić swój udział w pracy zespołu estradowego.
Z tego wspaniałego czasu, pozostało mi obycie ze sceną, umiejętność w miarę poprawnego śpiewania i brak tremy przed publicznymi wystąpieniami. Wtedy wydawało mi się , że to jedynie mała przerwa w tej działalności i zaraz wrócę do tego co lubię, ale życie jak zwykle ma swoje scenariusze.Tamta przygoda ze sceną skończyła się na zawsze.
Choroba, którą przebyłem, zabrała mi to co lubiłem- możliwość śpiewania i pływania w wodzie. Oczywiście próbuję robić i jedno i drugie,ale to tylko.udowadnianie sobie i innym, że nawet bez krtani( z otworem w szyi) można to robić, chociaż to n ie to samo. Ale jak nie można tak jak powinno być, to się lubi tak jak można......
Od "zawsze", byłem blisko muzyki i śpiewu, mówiono nawet że mam doskonałe wyczucie rytmu i niezły głos.
W naszym domu, mój Ojciec grał na skrzypcach od młodości( był ludowym samoukiem), grywał z kolegami na weselach i zabawach ludowych. Oczywiście były to proste utwory ludowe, nigdy nie miał czasu ani okazji nauczenia się gry klasycznej ani nut. Niemniej to wystarczyło aby przy każdej uroczystości rodzinnej, przygrywać do śpiewu a i do tańca, bo tak u nas to wyglądało.
Oczywiście , w szkole podstawowej , w drugiej klasie zapisał mnie na naukę gry na skrzypcach, bo instrument był w domu. Ja wykręcałem się jak tylko mogłem, ale bez skutku. Ponieważ zupełnie mnie ten instrument nie interesował, jedynym efektem lekcji, były poobijane uszy smyczkiem nauczyciela, w efekcie rodzice zmienili mi instrument na mandolinę( bo Mama trochę grała i też mieliśmy ją w domu), ale i ta nauka poszła w las. Nikt wtedy nie pomyślał, żeby mi szkolić głos w chórze.
Przez długie, szkolne lata śpiewałem na szkolnych akademiach, na kolonijnych ogniskach i oczywiście na rodzinnych uroczystościach. W szkole średniej, koledzy nauczyli mnie kilku akordów na gitarze ( tyle pozostało mi do dzisiaj) co pozwało mi akompaniować sobie do śpiewania kilku piosenek biesiadnych.
W czasie pracy w Zdzieszowicach, wraz z kolegami i Kierownikiem Zakładowego Domu Kultury, założyliśmy zespół muzyczny, który akompaniował trójce solistów( wśród których byłem ja).Zatrudniono zawodowego instruktora, który uczył nas śpiewu i prowadził próby zespołu muzycznego.
Po pół roku intensywnej pracy, wystąpiliśmy z koncertem, przed miejscową publicznością. Występ się spodobał ( była to składanka,skeczy,piosenek i popisy trio harmonijek ustnych), w efekcie otrzymywaliśmy zaproszenia, z wielu dużych domów kultury w kraju, aby uświetnić różnego rodzaje uroczystości. Występy były bezpłatne, zapraszający ponosili jedynie koszty transportu i drobnego posiłku.Ten okres , dający mi dużo satysfakcji( śpiewałem, grałem w trio harmonijek ustnych i współprowadziłem konferansjerkę),trwał ponad dwa lata
Niestety studia wymagały coraz więcej czasu i zostałem zmuszony zawiesić swój udział w pracy zespołu estradowego.
Z tego wspaniałego czasu, pozostało mi obycie ze sceną, umiejętność w miarę poprawnego śpiewania i brak tremy przed publicznymi wystąpieniami. Wtedy wydawało mi się , że to jedynie mała przerwa w tej działalności i zaraz wrócę do tego co lubię, ale życie jak zwykle ma swoje scenariusze.Tamta przygoda ze sceną skończyła się na zawsze.
Choroba, którą przebyłem, zabrała mi to co lubiłem- możliwość śpiewania i pływania w wodzie. Oczywiście próbuję robić i jedno i drugie,ale to tylko.udowadnianie sobie i innym, że nawet bez krtani( z otworem w szyi) można to robić, chociaż to n ie to samo. Ale jak nie można tak jak powinno być, to się lubi tak jak można......
niedziela, 21 grudnia 2014
Życie jest nieprzewidywalne-ciąg dalszy
Praca w tym dziale, okazała się wyzwaniem. Był zorganizowany w specyficzny sposób. Nigdy wcześniej (co zrozumiałe) ale i potem, nie spotkałem się z takim sposobem. Dział zajmował obszerną salę, w której ustawiono 10 par biurek, w dwu równoległych rzędach po pięć na stronie, na czele na podwyższeniu( podobnie jak w szkolnej klasie) stało biurko Kierownika Działu, zza którego bacznie obserwował pracę swoich podwładnych. na trzech ścianach były umieszczone szafy. Każdy pracownik miał swoją szafę z segregatorami zawierającymi akta zamówień urządzeń.Możecie sobie wyobrazić, jaki był harmider, kiedy jednocześnie kilku pracowników rozmawiało przez telefon. Każdy pracownik musiał w każdym momencie wyczerpująco poinformować o stadium zaawansowania, każdego z prowadzonych zamówień, a na jednego pracownika przypadało co najmniej 30 do 50.
Ta praca wymagała , bardzo częstych wyjazdów w delegacje, dzięki czemu poznałem wiele miast Polski. Oczywiście podróżowało się pociągami i autobusami. Często bywało tak, że wyjeżdżając w poniedziałek wracałem w czwartek albo i piątek.
Ale była niesamowita satysfakcja, kiedy sprowadzone w elementach urządzenia dźwignicowe,w czasie montażu, były kompletne, a elementów składowych, było i ponad 100 i więcej.
Dzięki tym podróżom, zawierałem mnóstwo nowych znajomości, niejednokrotnie podtrzymywanych przez lata (a trzeba pamiętać, że nie było wtedy telefonów komórkowych ani internetu, bo był to rok 1965). Tak pracowałem przez dwa lata, a potem zacząłem studia wieczorowe i mój pracodawca przeniósł mnie do działu realizacji i nadzoru, o była to praca stacjonarna na budowie.
Pozwalało mi to, na udział w codziennych zajęciach na studiach.Był to trudny okres życia.
Pogodzenie pracy, studiowania, oraz obowiązków rodzinnych (bo w międzyczasie ożeniłem się a potem pojawiło się dziecko), wymagało wielkiego wysiłku ( również od mojej żony, uzupełniającej wykształcenie średnie, w systemie zaocznym). Ale daliśmy radę, z pomocą nieocenionej opiekunki naszej córeczki.
W trakcie studiów , dwukrotnie zmieniałem pracę, w poszukiwaniu lepszej płacy.Ale były to czasy , kiedy ze znalezieniem pracy nie było żadnych trudności.W każdym miejscu pracy zdobywałem nowe doświadczenia, rozszerzałem swój "warsztat" inżyniera, którym zostałem w 1973 roku.
Kolejny epizod zawodowy, to praca na stanowisku dyrektorskim, ale o tym potem...
Ta praca wymagała , bardzo częstych wyjazdów w delegacje, dzięki czemu poznałem wiele miast Polski. Oczywiście podróżowało się pociągami i autobusami. Często bywało tak, że wyjeżdżając w poniedziałek wracałem w czwartek albo i piątek.
Ale była niesamowita satysfakcja, kiedy sprowadzone w elementach urządzenia dźwignicowe,w czasie montażu, były kompletne, a elementów składowych, było i ponad 100 i więcej.
Dzięki tym podróżom, zawierałem mnóstwo nowych znajomości, niejednokrotnie podtrzymywanych przez lata (a trzeba pamiętać, że nie było wtedy telefonów komórkowych ani internetu, bo był to rok 1965). Tak pracowałem przez dwa lata, a potem zacząłem studia wieczorowe i mój pracodawca przeniósł mnie do działu realizacji i nadzoru, o była to praca stacjonarna na budowie.
Pozwalało mi to, na udział w codziennych zajęciach na studiach.Był to trudny okres życia.
Pogodzenie pracy, studiowania, oraz obowiązków rodzinnych (bo w międzyczasie ożeniłem się a potem pojawiło się dziecko), wymagało wielkiego wysiłku ( również od mojej żony, uzupełniającej wykształcenie średnie, w systemie zaocznym). Ale daliśmy radę, z pomocą nieocenionej opiekunki naszej córeczki.
W trakcie studiów , dwukrotnie zmieniałem pracę, w poszukiwaniu lepszej płacy.Ale były to czasy , kiedy ze znalezieniem pracy nie było żadnych trudności.W każdym miejscu pracy zdobywałem nowe doświadczenia, rozszerzałem swój "warsztat" inżyniera, którym zostałem w 1973 roku.
Kolejny epizod zawodowy, to praca na stanowisku dyrektorskim, ale o tym potem...
czwartek, 18 grudnia 2014
Życie jest nieprzewidywalne
Sporo czasu minęło, od chwili napisania ostatniego postu. Miało na to wpływ wiele czynników, ale nie o nich chcę pisać.
Swoje wspomnienia, zakończyłem pożegnaniem z żeglowaniem, a raczej pływaniem po Odrze. Zderzenie z inną rzeczywistością, nie było przyjemne. Zacząłem nową pracę, jako stażysta w dziale Inwestycji, rozbudowywanych Zakładów Koksowniczych w Zdzieszowicach.Była to praca ciekawa. Pod nadzorem doświadczonych fachowców, poznawałem dokumentację techniczną, realizowanej budowy oraz konfrontować projekt na papierze z wykonywanymi pracami w terenie. Nauczono mnie "czytania" skomplikowanych rysunków budowlanych i kosztorysów. Zapoznałem z odpowiedzialną i skomplikowaną pracą geodetów, wytyczających w "dziewiczym" terenie, mające powstać projektowane obiekty. Wszytko to było wspaniałe i fascynujące , oprócz pieniędzy które dostawałem co miesiąc. W porównaniu do zarobków z Żeglugi, to nie było nawet 30%. Dobrze , że mieszkałem u rodziców i n ie musiałem martwić się o wikt i opierunek. W tej mojej pracy, były też mniej wspaniałe momenty, kiedy stażystę wysyłano do zakładowego sklepiku po śniadanie lub papierosy, dla Pana Inżyniera. Dzisiaj odbieram to jako lekcję pokory, ale wtedy wszystko się we mnie burzyło.
Rok stażu minął szybko i po zdaniu egzaminu, przed kilkuosobową komisją, czekałem na propozycję pracy. Wymarzyłem sobie, że może trafię do działu realizacji i będę na bieżąco widział jak dzień po dniu "rosną" budowane obiekty.
Ale zostałem skierowany do działu zaopatrzenia i kompletacji dostaw, dzisiaj nazwano by go działem logistyki.Tak życie konfrontuje marzenia z rzeczywistością.
Swoje wspomnienia, zakończyłem pożegnaniem z żeglowaniem, a raczej pływaniem po Odrze. Zderzenie z inną rzeczywistością, nie było przyjemne. Zacząłem nową pracę, jako stażysta w dziale Inwestycji, rozbudowywanych Zakładów Koksowniczych w Zdzieszowicach.Była to praca ciekawa. Pod nadzorem doświadczonych fachowców, poznawałem dokumentację techniczną, realizowanej budowy oraz konfrontować projekt na papierze z wykonywanymi pracami w terenie. Nauczono mnie "czytania" skomplikowanych rysunków budowlanych i kosztorysów. Zapoznałem z odpowiedzialną i skomplikowaną pracą geodetów, wytyczających w "dziewiczym" terenie, mające powstać projektowane obiekty. Wszytko to było wspaniałe i fascynujące , oprócz pieniędzy które dostawałem co miesiąc. W porównaniu do zarobków z Żeglugi, to nie było nawet 30%. Dobrze , że mieszkałem u rodziców i n ie musiałem martwić się o wikt i opierunek. W tej mojej pracy, były też mniej wspaniałe momenty, kiedy stażystę wysyłano do zakładowego sklepiku po śniadanie lub papierosy, dla Pana Inżyniera. Dzisiaj odbieram to jako lekcję pokory, ale wtedy wszystko się we mnie burzyło.
Rok stażu minął szybko i po zdaniu egzaminu, przed kilkuosobową komisją, czekałem na propozycję pracy. Wymarzyłem sobie, że może trafię do działu realizacji i będę na bieżąco widział jak dzień po dniu "rosną" budowane obiekty.
Ale zostałem skierowany do działu zaopatrzenia i kompletacji dostaw, dzisiaj nazwano by go działem logistyki.Tak życie konfrontuje marzenia z rzeczywistością.
piątek, 6 czerwca 2014
Pożegnanie z Żeglugą...
Moja przygoda z żeglugą po Odrze trwała niecały rok, ale z tego okresu czasu mam bardzo wiele wspomnień i doświadczeń życiowych. Zakończenie sezonu żeglugowego 1964, zastało nas początkiem grudnia w Szczecinie. Zimowisko było wyznaczone na prawym brzegu Odry, w okolicach stoczni rzecznej , na ul.Heyki. Załadowali nam ładownie cukrem w foliowych workach, i przez okres postoju spełnialiśmy rolę magazynu. Ładownie zaplombowano i uszczelniono pokrywy brezentowymi pokrowcami.
Załoga korzystając ze względnie dobrej pogody, robiła drobne remonty, a ja oczywiście z Mechanikiem, w maszynowni rozebraliśmy kolejno silniki i zrobiliśmy generalny przegląd , usuwając drobne usterki i wymieniając uszkodzone części. Ponieważ jak wspominałem wcześniej, byłem drobnej postury, wchodziłem do wnętrza silnika ( z którego wcześniej wymontowaliśmy tłoki i korbowody) i robiłem przegląd panewek wału korbowego, myłem wnętrze itp. Po tej pracy długo musiałem się myć, żeby doprowadzić się do jakiego takiego porządku, ale zapachu oleju napędowego , długo nie mogłem się pozbyć.
Na zimowisku, zgrupowano ok. 30 barek i zestawów pchanych, teren oświetlono, każda załoga miała wyznaczyć jednego członka, który będzie pełnił rolę stróża na barce, oczywiście padło na mnie, bo miałem tylko 10 dni urlopu za przepracowane dni wolne( niedziele i święta), pozostali pojechali do domu. Nie miałem najszczęśliwszej miny , z takiego obrotu sprawy, ale nie było żadnej dyskusji. Zespół, który pozostał do pilnowania obiektów, to byli z reguły sami młodzi ludzie, albo tacy, którzy z różnych powodów nie mieli po co i do kogo pojechać. Na pierwszej wspólnej kolacji, przy dobrym jedzonku i piciu, ustaliliśmy grafik dyżurów nocnych, oraz kto pojedzie na Święta do domu na 5 dni, a kto na Sylwestra i Nowy Rok. Podczas gdy pozostali zajmą się opieką nad ich obiektami, oczywiście było to nieformalne, ale nawet podczas teoretycznej kontroli, nieobecność paru osób, zawsze była wytłumaczalna.
23 Grudnia wsiadłem do pociągu i rano w Wigilię byłem w domu w Zdzieszowicach. Radość była wielka, dla wszystkich miałem prezenty, dość drogie, ale moje zarobki mi na to pozwalały. Niestety święta szybko minęły i musiałem wracać do Szczecina. W mojej kajucie na barce było tak zimno, że pomimo zapalenia w piecyku węglowym, rano budziłem się przemarznięty a czasami jak nie wstałem w nocy dołożyć do pieca, to i często głowa przymarzała mi do poduszki.W każdej wolnej chwili chodziłem do centrum i zwiedzałem Szczecin, zawierałem nowe znajomości....Często bardzo miłe i przyjemne, w końcu byłem kawalerem. Początkiem lutego , niespodziewanie przyszło ocieplenie i kra zaczęła spływać. Kolejno załogi zaczęły wracać z urlopów i szykować barki do ponownego sezonu. Nas wysłano w połowie lutego, w rejs powrotny. Po wyładowaniu cukru, zabraliśmy rudę z portu w Szczecinie i ruszyliśmy w drogę do Gliwic. Płynęło się ciężko, bo kra lodowa jeszcze ciągle płynęła po Odrze, ponadto po zimie szlak nie był do końca przygotowany i można było nieoczekiwanie znaleźć się na mieliźnie. Mijaliśmy po drodze takich pechowców i w skrytości ducha , modliliśmy się aby nas to nie spotkało. Na posterunku granicznym w Kostrzynie, otrzymaliśmy rozkaz od dyspozytora z Żeglugi, żeby przerwać rejs, ze względu na pogorszenie się warunków żeglugowych i nawrót zimy, mieliśmy zacumować w Krośnie Odrzańskim.
Było to sympatyczne , niewielkie miasteczko. Przyszło nam czekać na lepszą pogodę ponad dwa tygodnie, ale mnie czas się nie dłużył, bo zakochałem się w miejscowej dziewczynie. Dni biegły stanowczo za szybko i kiedy przyszło się żegnać, obustronnym łzom i wzajemnym obietnicom nie było końca....Ale czas szybko leczy takie rany .Pozostały tylko miłe wspomnienia.
Przy okazji kolejnego pobytu w domu, Ojciec przeprowadził ze mną stanowczą i męską rozmowę i przekonał mnie do studiów wieczorowych, a to wiązało się ze zmianą pracy.
Końcem maja, pożegnałem się z kolegami i życiem "kanalarza" i bogatszy o bezcenne doświadczenia życiowe, Rozpocząłem nowy etap w swoim życiu.
Załoga korzystając ze względnie dobrej pogody, robiła drobne remonty, a ja oczywiście z Mechanikiem, w maszynowni rozebraliśmy kolejno silniki i zrobiliśmy generalny przegląd , usuwając drobne usterki i wymieniając uszkodzone części. Ponieważ jak wspominałem wcześniej, byłem drobnej postury, wchodziłem do wnętrza silnika ( z którego wcześniej wymontowaliśmy tłoki i korbowody) i robiłem przegląd panewek wału korbowego, myłem wnętrze itp. Po tej pracy długo musiałem się myć, żeby doprowadzić się do jakiego takiego porządku, ale zapachu oleju napędowego , długo nie mogłem się pozbyć.
Na zimowisku, zgrupowano ok. 30 barek i zestawów pchanych, teren oświetlono, każda załoga miała wyznaczyć jednego członka, który będzie pełnił rolę stróża na barce, oczywiście padło na mnie, bo miałem tylko 10 dni urlopu za przepracowane dni wolne( niedziele i święta), pozostali pojechali do domu. Nie miałem najszczęśliwszej miny , z takiego obrotu sprawy, ale nie było żadnej dyskusji. Zespół, który pozostał do pilnowania obiektów, to byli z reguły sami młodzi ludzie, albo tacy, którzy z różnych powodów nie mieli po co i do kogo pojechać. Na pierwszej wspólnej kolacji, przy dobrym jedzonku i piciu, ustaliliśmy grafik dyżurów nocnych, oraz kto pojedzie na Święta do domu na 5 dni, a kto na Sylwestra i Nowy Rok. Podczas gdy pozostali zajmą się opieką nad ich obiektami, oczywiście było to nieformalne, ale nawet podczas teoretycznej kontroli, nieobecność paru osób, zawsze była wytłumaczalna.
23 Grudnia wsiadłem do pociągu i rano w Wigilię byłem w domu w Zdzieszowicach. Radość była wielka, dla wszystkich miałem prezenty, dość drogie, ale moje zarobki mi na to pozwalały. Niestety święta szybko minęły i musiałem wracać do Szczecina. W mojej kajucie na barce było tak zimno, że pomimo zapalenia w piecyku węglowym, rano budziłem się przemarznięty a czasami jak nie wstałem w nocy dołożyć do pieca, to i często głowa przymarzała mi do poduszki.W każdej wolnej chwili chodziłem do centrum i zwiedzałem Szczecin, zawierałem nowe znajomości....Często bardzo miłe i przyjemne, w końcu byłem kawalerem. Początkiem lutego , niespodziewanie przyszło ocieplenie i kra zaczęła spływać. Kolejno załogi zaczęły wracać z urlopów i szykować barki do ponownego sezonu. Nas wysłano w połowie lutego, w rejs powrotny. Po wyładowaniu cukru, zabraliśmy rudę z portu w Szczecinie i ruszyliśmy w drogę do Gliwic. Płynęło się ciężko, bo kra lodowa jeszcze ciągle płynęła po Odrze, ponadto po zimie szlak nie był do końca przygotowany i można było nieoczekiwanie znaleźć się na mieliźnie. Mijaliśmy po drodze takich pechowców i w skrytości ducha , modliliśmy się aby nas to nie spotkało. Na posterunku granicznym w Kostrzynie, otrzymaliśmy rozkaz od dyspozytora z Żeglugi, żeby przerwać rejs, ze względu na pogorszenie się warunków żeglugowych i nawrót zimy, mieliśmy zacumować w Krośnie Odrzańskim.
Było to sympatyczne , niewielkie miasteczko. Przyszło nam czekać na lepszą pogodę ponad dwa tygodnie, ale mnie czas się nie dłużył, bo zakochałem się w miejscowej dziewczynie. Dni biegły stanowczo za szybko i kiedy przyszło się żegnać, obustronnym łzom i wzajemnym obietnicom nie było końca....Ale czas szybko leczy takie rany .Pozostały tylko miłe wspomnienia.
Przy okazji kolejnego pobytu w domu, Ojciec przeprowadził ze mną stanowczą i męską rozmowę i przekonał mnie do studiów wieczorowych, a to wiązało się ze zmianą pracy.
Końcem maja, pożegnałem się z kolegami i życiem "kanalarza" i bogatszy o bezcenne doświadczenia życiowe, Rozpocząłem nowy etap w swoim życiu.
środa, 28 maja 2014
Wolna Odra, pięknie to brzmi....
"Wolna Odra", w tym określeniu kryje się wiele znaczeń, ale przede wszystkim , wolność. Wolność od śluzowania, od rygorów czasowych i namiastka żeglowania, oczywiście żeglarze się żachną-"jakie to żeglowanie, kiedy widać brzegi z obu stron", ale dla mnie "kanalarza", to było żeglowanie od jednego znaku do drugiego, przypominające "halsowanie", omijanie mielizn, które mimo że były oznakowane, na rzece ciągle przemieszczały się i łatwo było o nie zahaczyć. Mijaliśmy kolejne miejscowości, Malczyce, Głogów, Nową Sól, Krosno Odrzańskie. Prawie w każdej mijanej miejscowości, były mniejsze lub większe nadbrzeża przeładunkowe, które wybudowano dla potrzeb miejscowych wytwórni, takich jak cegielnie, młyny, składy opału itp., świadczyło to o mądrym wykorzystaniu drogi wodnej do transportu, w latach 20 i 30 , XX wieku. W czasie , o którym piszę, to wykorzystanie pomału zanikało i ograniczało się do punktów przeładunkowych w Koźlu, Wrocławiu i Szczecinie. Obecnie o wykorzystaniu Odry, w większości się tylko mówi. Tymczasem, moja barka wpłynęła na odcinek graniczny z Niemiecką Republiką Demokratyczną i po lewej stronie mijaliśmy piękne zabudowania Frankfurtu n/Odrą, wkrótce dopłynęliśmy do ujścia Warty, w miejscowości Siekierki, gdzie w czasie II wojny światowej, odbyła się duża bitwa, przy forsowaniu Odry. Rzeka stała się szeroka i mocno porośnięta po obu stronach, stwarzając jeszcze bardziej romantyczny krajobraz. Pomimo tego, że pływanie dozwolone było tylko od 6.00 do 22.00, to wszyscy pływali , na "wolnej Odrze", przez całą dobę, skracając w ten sposób czas, jaki był wyznaczony w rozkazie wyjazdu, tym samym , w miesiącu , który nominalnie miał przykładowo 200 godz. roboczych, wypracowywaliśmy, tych godzin np. 250. Wszystko , po to aby zwiększyć swoje zarobki. W miejscowości Widuchowa, granica skręcała w odnogę ujścia Odry, tzw. Odrę zachodnią, a my płynęliśmy głównym korytem , przez potężne rozlewisko ujścia, do Szczecina, do nadbrzeża elektrowni "Pomorzany", gdzie rozładowaliśmy, przywieziony węgiel. Po rozładunku, przycumowaliśmy przy Wałach Chrobrego, prawie w centrum miasta. Był piękny sierpień, a ja w oczekiwaniu na dalsze rozkazy, zwiedzałem miasto. Szczecin zrobił na mnie wielkie wrażenie, swoją starą zabudową centrum oraz nowymi, powojennymi budynkami, pięknie wkomponowanymi w starą część miasta. Mnóstwo sklepów zaopatrzonych w towary pochodzenia zagranicznego, lokale gastronomiczne nastawione na marynarzy, dziewczyny , jak kolorowe ptaki.... Na mnie, chłopaka z małego miasteczka, robiło to ogromne wrażenie.Niedziela, tłumy spacerowiczów, ciekawie przyglądały się zacumowanym barkom i odpoczywającym załogom. Czasem ciekawa panienka, pomimo sprzeciwu Kapitana, wchodziła na pokład zobaczyć kajuty......
W poniedziałek, przyszedł rozkaz wyjazdu do Świnoujścia, pod załadunek rudy żelaza, wprost ze statku.
Od rana zapełnialiśmy zbiorniki balastowe wodą, aby można było przepłynąć Kanałem królewskim, przez Jezioro Dąbie, a następnie asekurowani , przez holownik, popłynęliśmy. Mieliśmy do przebycia około 80 km, wieczorem , bez przygód dotarliśmy na miejsce. Dla mnie, to była frajda, płynęliśmy po naprawdę wielkiej wodzie, a barki mimo wszystko nie są do końca przystosowane do takiej żeglugi. Wystarczyłby większy podmuch wiatru i mogło być ciężko, ale na szczęście nic się nie stało. Przybiliśmy do burty rudowęglowca, pod szwedzką banderą i zaczął się załadunek. Od szwedzkich marynarzy kupiliśmy, oczywiście po kryjomu, amerykańskie papierosy, kawę, prezerwatywy oraz pończochy i rajstopy damskie. Ceny były bardzo atrakcyjne. Handelek był na burcie od strony wody, podczas gdy przy trapie stali żołnierze WOP( Wojska Ochrony Pogranicza), oczywiście świadomi tego, ale im też z tego zawsze coś kapnęło...
Po zakończeniu załadunku, połączeni holami z dwoma innymi barkami, ruszyliśmy do Szczecina, ciągnięci przez duży holownik portowy, a potem dalej , już samodzielnie do portu docelowego w Gliwicach...
W poniedziałek, przyszedł rozkaz wyjazdu do Świnoujścia, pod załadunek rudy żelaza, wprost ze statku.
Od rana zapełnialiśmy zbiorniki balastowe wodą, aby można było przepłynąć Kanałem królewskim, przez Jezioro Dąbie, a następnie asekurowani , przez holownik, popłynęliśmy. Mieliśmy do przebycia około 80 km, wieczorem , bez przygód dotarliśmy na miejsce. Dla mnie, to była frajda, płynęliśmy po naprawdę wielkiej wodzie, a barki mimo wszystko nie są do końca przystosowane do takiej żeglugi. Wystarczyłby większy podmuch wiatru i mogło być ciężko, ale na szczęście nic się nie stało. Przybiliśmy do burty rudowęglowca, pod szwedzką banderą i zaczął się załadunek. Od szwedzkich marynarzy kupiliśmy, oczywiście po kryjomu, amerykańskie papierosy, kawę, prezerwatywy oraz pończochy i rajstopy damskie. Ceny były bardzo atrakcyjne. Handelek był na burcie od strony wody, podczas gdy przy trapie stali żołnierze WOP( Wojska Ochrony Pogranicza), oczywiście świadomi tego, ale im też z tego zawsze coś kapnęło...
Po zakończeniu załadunku, połączeni holami z dwoma innymi barkami, ruszyliśmy do Szczecina, ciągnięci przez duży holownik portowy, a potem dalej , już samodzielnie do portu docelowego w Gliwicach...
Subskrybuj:
Posty (Atom)