Niezbyt długo "dyrektorowałem", bo około 1,5 roku, ale był to dla mnie okres bardzo bogaty w różnorakie doświadczenia. Oprócz sprawdzenia swoich predyspozycji menedżerskich, przyszło mi skonfrontować swoje przekonania z nową rzeczywistością stanu wojennego. Kotłowały się w mojej głowie sprzeczności, tak jak w większości naszego społeczeństwa. Co z resztą, pomimo upływu czasu trwa do dziś.
Poznałem wielu ludzi, od których nauczyłem się jak rozwiązywać problemy międzyludzkie, jak zachować dystans emocjonalny, który pozwala zająć właściwe, obiektywne stanowisko. Z wieloma, utrzymuję bliższy lub dalszy kontakt, do dzisiaj. Wielu już nie ma z nami, ale pamięć o nich często powraca. Takie jest życie, które bezwzględnie toczy się dalej.
Dlatego podjąłem nową pracę, którą zaproponował mi poznany w poprzednim okresie Dyrektor. Zostałem zatrudniony na stanowisku Gł. Mechanika, czyli zgodnie z moimi kwalifikacjami.
Praca ciekawa, w dobrym zespole i satysfakcjonująca.Spotkałem się z nowymi technologiami, których dotychczas nie spotkałem. Były to przewierty pod drogami i nasypami kolejowymi. Szczególnie prace pod nasypem kolejowym, były emocjonujące. Należało przewiercić (czyli osadzić rurę stalową o średnicy 500 mm) nasyp na długości ok 20m, na poziomie minus 10 m od poziomu torów kolejowych, po których co kilka minut, przejeżdżały pociągi.Na drodze przewiertu czekały niespodzianki w postaci potężnych kamieni, z którymi korony diamentowe wiertła,miały trudności Ale nowe przygody zawodowe , już na mnie czekały za dwa lata. Opisałem je wcześniej, w cyklu "Bohemia". Polecam tym którzy nie czytali.
niedziela, 3 stycznia 2016
piątek, 1 stycznia 2016
Z-ca Dyrektora.....
Własny gabinet, wejście przez sekretariat, samochód służbowy z radiotelefonem (to był rok 1979, telefony komórkowe oglądaliśmy na amerykańskich filmach), to były "narzędzia pracy". Firma w której zacząłem pracę, zatrudniała około 1200 pracowników na obszarze pięciu województw( w/g starego podziału administracyjnego na 46 województw).Pięć oddziałów terenowych, około setki mniejszych lub większych budów melioracyjnych,hydrotechnicznych ,na których pracował nasz sprzęt i transport.Wszędzie trzeba było dojechać, sprawdzić warunki pracy i zakwaterowania operatorów i kierowców, porozmawiać o kłopotach, problemach,wyjaśnić sprawy z Kierownikami obiektów. Codziennie przejeżdżałem od 200 do 300 kilometrów,a w firmie czekały jeszcze dokumenty do podpisu i korespondencja do rozdzielenia pracownikom, rozmowy z Naczelnym i ustalenia z kierownikami działów..... Pracę zaczynałem o 6.00 a kończyłem ok.19.00, a ponieważ nie mieszkałem z początku w Opolu to trzeba doliczyć jeszcze ok. 1,5 godz na dojazdy do domu. początkowym okresie, byłem gościem w domu.Ale miałem 34 lata i niespożytą energię, a ponadto ten rodzaj pracy przynosił mi satysfakcję.Z perspektywy czasu podziwiam moją (nieobecną już) żonę, jak dawała sobie radę z pracą i wychowaniem dwu córek, (no fakt, mieszkała z nami Teściowa, inaczej nie dalibyśmy sobie rady).
Po szoku, związanym z moją nominacją na to stanowisko, ludzie zaczęli się przyzwyczajać do mnie i moich wymagających metod pracy.Ale przy każdej okazji, sprawdzali moją wiedzę i byli zaskoczeni, kiedy bez zażenowania przyznawałem się, że czegoś nie wiem i prosiłem o wyjaśnienia lub pomoc.Nie było to oczywiście na porządku dziennym, a z czasem coraz rzadsze. Nadszedł rok 1980, rok wrzenia społecznego, pracowało się coraz trudniej.Oprócz problemów zawodowych, doszły jeszcze rozmowy o nastrojach wśród pracowników z "opiekunami" z SB, oraz rozmowy z pracownikami na budowach o zajściach w Lublinie, Szczecinie, Gdańsku, o KORze i o tym komu wierzyć. To były trudne czasy i trudne rozmowy, gdzie w tle czaił się strach przed niepewnym i konsekwencjami ówczesnej władzy. Powstała NSZZ" Solidarność",do której (pomimo legitymacji PZPR) mnie przyjęto.
Zaczęły się w firmie prace nad restrukturyzacją działalności, co miało na celu doprowadzić do opłacalności i analizy ponoszonych kosztów.Wszystko zmierzało powoli do normalności, jedynie na konferencjach organizowanych przez Zjednoczenie, stara kadra kierownicza nie mogła i wręcz nie chciała zaakceptować nowych zasad ekonomicznych.
Z puli Prezydenta Opola, dostałem przydział mieszkania spółdzielczego i przeprowadziliśmy się do Opola w 1981 roku. W tym samym roku, w którym 13 Grudnia ogłoszono stan wojenny na terenie Polski. Mój szef stracił pracę, na jego miejsce przyszedł partyjny "aparatczyk",który nie miał pojęcia o zarządzaniu firmą i kiedy poczuł się (po wielogodzinnych i wielodniowych rozmowach o firmie i jej specyfice)pewnym , to po prostu mnie zwolnił, bo bał się konkurencji. Samo życie.......
ublinie
Po szoku, związanym z moją nominacją na to stanowisko, ludzie zaczęli się przyzwyczajać do mnie i moich wymagających metod pracy.Ale przy każdej okazji, sprawdzali moją wiedzę i byli zaskoczeni, kiedy bez zażenowania przyznawałem się, że czegoś nie wiem i prosiłem o wyjaśnienia lub pomoc.Nie było to oczywiście na porządku dziennym, a z czasem coraz rzadsze. Nadszedł rok 1980, rok wrzenia społecznego, pracowało się coraz trudniej.Oprócz problemów zawodowych, doszły jeszcze rozmowy o nastrojach wśród pracowników z "opiekunami" z SB, oraz rozmowy z pracownikami na budowach o zajściach w Lublinie, Szczecinie, Gdańsku, o KORze i o tym komu wierzyć. To były trudne czasy i trudne rozmowy, gdzie w tle czaił się strach przed niepewnym i konsekwencjami ówczesnej władzy. Powstała NSZZ" Solidarność",do której (pomimo legitymacji PZPR) mnie przyjęto.
Zaczęły się w firmie prace nad restrukturyzacją działalności, co miało na celu doprowadzić do opłacalności i analizy ponoszonych kosztów.Wszystko zmierzało powoli do normalności, jedynie na konferencjach organizowanych przez Zjednoczenie, stara kadra kierownicza nie mogła i wręcz nie chciała zaakceptować nowych zasad ekonomicznych.
Z puli Prezydenta Opola, dostałem przydział mieszkania spółdzielczego i przeprowadziliśmy się do Opola w 1981 roku. W tym samym roku, w którym 13 Grudnia ogłoszono stan wojenny na terenie Polski. Mój szef stracił pracę, na jego miejsce przyszedł partyjny "aparatczyk",który nie miał pojęcia o zarządzaniu firmą i kiedy poczuł się (po wielogodzinnych i wielodniowych rozmowach o firmie i jej specyfice)pewnym , to po prostu mnie zwolnił, bo bał się konkurencji. Samo życie.......
ublinie
wtorek, 29 grudnia 2015
Droga......V
Dzisiaj stanowiska kierownicze obsadza się w drodze konkursów(chociaż ich wyniki często bywają zaskoczeniem), wtedy kandydatów szukano w gronie znajomych i zaufanych,spełniających zupełnie inne kryteria, chociaż wykształcenie i doświadczenie zawodowe, miały swoją wartość. Jednak znajomości i odpowiednie poglądy polityczne były decydujące.Dlatego nie bardzo wierzyłem, że dostanę tą pracę.
Po tygodniu zadzwoniono do mojego szefa, z informacją o zatwierdzeniu mojej kandydatury na stanowisko Z-cy Dyrektora d/s Eksploatacji w Przedsiębiorstwie Transportowo-Sprzętowym i prośbą o przekazanie moich akt pracowniczych na zasadzie porozumienia stron, co zostanie potwierdzone pisemnie.
Zostałem wezwany do mojego szefa na rozmowę. Miał pretensje o to , że nie uprzedziłem go swoich zamiarach, a jednocześnie sugerował żebym się wycofał, bo znając sytuację w tej firmie, jest pewny że wprowadzając mnie na stanowisko, na które ochotę miało wiele osób z branży, Zjednoczenie chce prowadzić przy mojej pomocy swoistą grę, w której będę tylko pionkiem.
Niestety bardzo szybko te przypuszczenia się sprawdziły,ale ja byłem tak zafascynowany tym niewątpliwym awansem, że nie słuchałem życzliwych rad. Po pożegnalnej kolacji z kolegami, następnego dnia, zameldowałem się w nowej firmie.
Trochę byłem zdziwiony tym ,że nikt ze Zjednoczenia nie wprowadzał mnie do firmy na bądź co bądź stanowisko Dyrektorskie, ale odważnie stanąłem przed sekretarką. Była to kobieta bardzo urodziwa, w dojrzałym wieku, która spojrzała ma mnie niezbyt przychylnie i spytała: "A Pan do kogo?"
Muszę w tym miejscu napisać, że pomimo 34 lat, byłem bardzo szczupły i w garniturku, wyglądałem raczej na maturzystę a nie na Dyrektora, więc Pani nawet do głowy nie przyszło w jakiej sprawie przyszedłem. Na moją odpowiedź, że przyszedłem do Dyrektora Naczelnego, poprosiła żebym usiadł i poczekał, bo szef czeka na ważnego gościa. Po ok.10 min. wszedł Dyrektor i zapytał czy nie było p.CZ.... i jak przyjdzie to go zaraz prosić do gabinetu. Spojrzał na mnie i zapytał: "a Pan na kogo czeka?" Kiedy wyjaśniłem, że to on na mnie właśnie czeka, Pani sekretarka z wrażenia "o mało nie spadła ze stołka". Rozmowa z szefem była długa i trudna. Nie byłem osobą oczekiwaną, ale narzuconą przez Zjednoczenie i odbieranym jako "wtyczka". Wiele czasu, nerwów i pracy kosztowało mnie, przekonanie kadry kierowniczej , że tak nie jest.
Po tygodniu zadzwoniono do mojego szefa, z informacją o zatwierdzeniu mojej kandydatury na stanowisko Z-cy Dyrektora d/s Eksploatacji w Przedsiębiorstwie Transportowo-Sprzętowym i prośbą o przekazanie moich akt pracowniczych na zasadzie porozumienia stron, co zostanie potwierdzone pisemnie.
Zostałem wezwany do mojego szefa na rozmowę. Miał pretensje o to , że nie uprzedziłem go swoich zamiarach, a jednocześnie sugerował żebym się wycofał, bo znając sytuację w tej firmie, jest pewny że wprowadzając mnie na stanowisko, na które ochotę miało wiele osób z branży, Zjednoczenie chce prowadzić przy mojej pomocy swoistą grę, w której będę tylko pionkiem.
Niestety bardzo szybko te przypuszczenia się sprawdziły,ale ja byłem tak zafascynowany tym niewątpliwym awansem, że nie słuchałem życzliwych rad. Po pożegnalnej kolacji z kolegami, następnego dnia, zameldowałem się w nowej firmie.
Trochę byłem zdziwiony tym ,że nikt ze Zjednoczenia nie wprowadzał mnie do firmy na bądź co bądź stanowisko Dyrektorskie, ale odważnie stanąłem przed sekretarką. Była to kobieta bardzo urodziwa, w dojrzałym wieku, która spojrzała ma mnie niezbyt przychylnie i spytała: "A Pan do kogo?"
Muszę w tym miejscu napisać, że pomimo 34 lat, byłem bardzo szczupły i w garniturku, wyglądałem raczej na maturzystę a nie na Dyrektora, więc Pani nawet do głowy nie przyszło w jakiej sprawie przyszedłem. Na moją odpowiedź, że przyszedłem do Dyrektora Naczelnego, poprosiła żebym usiadł i poczekał, bo szef czeka na ważnego gościa. Po ok.10 min. wszedł Dyrektor i zapytał czy nie było p.CZ.... i jak przyjdzie to go zaraz prosić do gabinetu. Spojrzał na mnie i zapytał: "a Pan na kogo czeka?" Kiedy wyjaśniłem, że to on na mnie właśnie czeka, Pani sekretarka z wrażenia "o mało nie spadła ze stołka". Rozmowa z szefem była długa i trudna. Nie byłem osobą oczekiwaną, ale narzuconą przez Zjednoczenie i odbieranym jako "wtyczka". Wiele czasu, nerwów i pracy kosztowało mnie, przekonanie kadry kierowniczej , że tak nie jest.
poniedziałek, 28 grudnia 2015
Droga......cd.IV
Praca w nadzorze, w zgranym zespole dawała mi dużo satysfakcji i nowych doświadczeń zawodowych, czerpanych od starszych stażem kolegów z zespołów pracujących na innych odcinkach rzeki Odry.Realizując program rządowy, modernizacji rzeki Odry, wydawało się że uzyskanie IV klasy żeglowności, jest kwestią krótkiego czasu. Jak bardzo się myliłem widać dzisiaj, po upływie 36 lat, kiedy ten temat znowu wraca do dyskusji, a budowane wtedy budowle hydrotechniczne, dzisiaj są remontowane i modernizowane,ale tego tempa i rozmachu z tamtego okresu chyba nie osiągną.
Ale wróćmy do moich losów. Otóż pewnego dnia rano, kolega z którym się przyjaźniłem, zadał mi pytanie: "Chcesz zostać Dyrektorem? Bo otrzymałem taką propozycję,ale mnie to nie pasuje ze względu na moje poglądy polityczne. Natomiast myślę ,że Ty dałbyś sobie radę.Spełniasz wszystkie wymogi.
Zaskoczył mnie tą propozycją, ale po chwili zastanowienia zgodziłem się na rozmowę z Dyrektorem Zjednoczenia. Po dwu dniach otrzymałem zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Z kompletem dokumentów, zjawiłem się w sekretariacie Dyrektora Naczelnego Zjednoczenia. Tremę miałem chyba wypisaną na twarzy , bo miła sekretarka powiedziała:"Spokojnie, szef nie jest taki groźny, a Pan niech mi tu nie zasłabnie z emocji..."
Rozmowa, wbrew moim oczekiwaniom nie zaczęła się od spraw zawodowych, ale od pytania kogo i jak dobrze, znam pracowników Urzędu Wojewódzkiego, Komitetu PZPR Miejskiego i Wojewódzkiego i innych instytucji. Ponieważ nie pochodziłem z Opola, więc moje koneksje były skromne. Miałem co prawda kilku dawnych znajomych z ruchu młodzieżowego ,którzy "poszli w politykę, oraz kilku starszych kolegów, którzy zawędrowali do stolicy i tam robili karierę polityczną, ale nie byłem pewny, czy to wystarczy Panu Dyrektorowi, ale po kilku jeszcze pytaniach dotyczących praktyki zawodowej, rozmowa dobiegła końca. Po wyjściu z gabinetu, sekretarka poprosiła o dokumenty i powiedziała żeby czekać na telefon z zaproszeniem na kolejną rozmowę.W sumie nie wiedziałem,czy spełniam oczekiwania i czy mam się liczyć z otrzymaniem tej pracy. Nie zdawałem sobie sprawy co mnie czeka i jakie wydarzenia historyczne, będą się rozgrywać na moich oczach.
Ale wróćmy do moich losów. Otóż pewnego dnia rano, kolega z którym się przyjaźniłem, zadał mi pytanie: "Chcesz zostać Dyrektorem? Bo otrzymałem taką propozycję,ale mnie to nie pasuje ze względu na moje poglądy polityczne. Natomiast myślę ,że Ty dałbyś sobie radę.Spełniasz wszystkie wymogi.
Zaskoczył mnie tą propozycją, ale po chwili zastanowienia zgodziłem się na rozmowę z Dyrektorem Zjednoczenia. Po dwu dniach otrzymałem zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Z kompletem dokumentów, zjawiłem się w sekretariacie Dyrektora Naczelnego Zjednoczenia. Tremę miałem chyba wypisaną na twarzy , bo miła sekretarka powiedziała:"Spokojnie, szef nie jest taki groźny, a Pan niech mi tu nie zasłabnie z emocji..."
Rozmowa, wbrew moim oczekiwaniom nie zaczęła się od spraw zawodowych, ale od pytania kogo i jak dobrze, znam pracowników Urzędu Wojewódzkiego, Komitetu PZPR Miejskiego i Wojewódzkiego i innych instytucji. Ponieważ nie pochodziłem z Opola, więc moje koneksje były skromne. Miałem co prawda kilku dawnych znajomych z ruchu młodzieżowego ,którzy "poszli w politykę, oraz kilku starszych kolegów, którzy zawędrowali do stolicy i tam robili karierę polityczną, ale nie byłem pewny, czy to wystarczy Panu Dyrektorowi, ale po kilku jeszcze pytaniach dotyczących praktyki zawodowej, rozmowa dobiegła końca. Po wyjściu z gabinetu, sekretarka poprosiła o dokumenty i powiedziała żeby czekać na telefon z zaproszeniem na kolejną rozmowę.W sumie nie wiedziałem,czy spełniam oczekiwania i czy mam się liczyć z otrzymaniem tej pracy. Nie zdawałem sobie sprawy co mnie czeka i jakie wydarzenia historyczne, będą się rozgrywać na moich oczach.
czwartek, 23 lipca 2015
Droga....c.d. III
Wczasy z córką, moim najmłodszym bratem i naszymi rodzicami udały się wspaniale,pomimo zakwaterowania w prymitywnym domku kempingowym.Pogoda była wspaniała, woda w morzu ciepła/ mówią że temperatura wody w Bałtyku spada w miarę starzenia się człowieka, coś w tym jest.../.Nasi rodzice byli wtedy pierwszy i ostatni raz nad morzem. Smażone ryby, frytki, gofry, pączki, dansing ze striptizem/ Ojciec był strasznie zgorszony/, te wspomnienia żyją do dzisiaj.
Oczywiście po powrocie, czekało na mnie wypowiedzenie stanowiska i umowy o pracę. Było mi przykro, mogłem się odwoływać, ale nie chciałem już pracować z tym przełożonym. Ponieważ miałem 3 miesiące wypowiedzenia, więc wynajdowano mi różne zastępcze prace, w końcu zlecono mi inwentaryzacje sprzętu i narzędzi na jednej z budów eksportowych na terenie ówczesnej Czechosłowacji. Prace trwały tydzień, wszystko przebiegło dobrze, ale podczas powrotu, już pod Opolem, zdarzył się wypadek samochodowy, po którym byłem ponad miesiąc na zwolnieniu lekarskim. Wszystkie moje plany uległy zmianie. Miałem skończyć szkolenie, po którym zostałbym dyplomowanym inspektorem Państwowej Inspekcji Pracy, ale kurs rozpoczął się w czasie mojego zwolnienia powypadkowego. Ponadto wypadek w drodze z pracy /bo tak to zakwalifikowano de' fakto/, automatycznie anulował moje wypowiedzenie. Po zakończeniu leczenia, skierowano mnie do pracy na budowę jazu, w charakterze z-cy kierownika budowy.W ramach tego kierownictwa było też zlecenie modernizacji śluz, realizację którego powierzono mnie.Była to praca, która dawała mi dużo satysfakcji, ale ta przygoda z wykonawstwem, zakończyła się po pół roku. Powodem były niesnaski z przedstawicielami Dyrekcji. Od pewnego czasu, prowadzono ze mną rozmowy, na temat ewentualnego przeniesienia się do pracy w nowo organizowanym Biurze Nadzoru Inwestorskiego nad modernizacją rzeki Odry, na stanowisko St. Inspektora Nadzoru z interesującą płacą, więc skorzystałem z propozycji. To rozwiązanie, zadowalało wszystkich. A ja pracowałem, w tym samym terenie, tylko w innym charakterze i z innej pozycji. Oczywiście nadzorowałem teraz pięć budów, więc codziennie przemierzałem samochodem około 100-150 km, ale praca była ciekawa i uczyłem się nowych technologii. Pracowało mi się dobrze w zgranym zespole, ale życie szykowało mi niespodziankę i nowe wyzwania.
Oczywiście po powrocie, czekało na mnie wypowiedzenie stanowiska i umowy o pracę. Było mi przykro, mogłem się odwoływać, ale nie chciałem już pracować z tym przełożonym. Ponieważ miałem 3 miesiące wypowiedzenia, więc wynajdowano mi różne zastępcze prace, w końcu zlecono mi inwentaryzacje sprzętu i narzędzi na jednej z budów eksportowych na terenie ówczesnej Czechosłowacji. Prace trwały tydzień, wszystko przebiegło dobrze, ale podczas powrotu, już pod Opolem, zdarzył się wypadek samochodowy, po którym byłem ponad miesiąc na zwolnieniu lekarskim. Wszystkie moje plany uległy zmianie. Miałem skończyć szkolenie, po którym zostałbym dyplomowanym inspektorem Państwowej Inspekcji Pracy, ale kurs rozpoczął się w czasie mojego zwolnienia powypadkowego. Ponadto wypadek w drodze z pracy /bo tak to zakwalifikowano de' fakto/, automatycznie anulował moje wypowiedzenie. Po zakończeniu leczenia, skierowano mnie do pracy na budowę jazu, w charakterze z-cy kierownika budowy.W ramach tego kierownictwa było też zlecenie modernizacji śluz, realizację którego powierzono mnie.Była to praca, która dawała mi dużo satysfakcji, ale ta przygoda z wykonawstwem, zakończyła się po pół roku. Powodem były niesnaski z przedstawicielami Dyrekcji. Od pewnego czasu, prowadzono ze mną rozmowy, na temat ewentualnego przeniesienia się do pracy w nowo organizowanym Biurze Nadzoru Inwestorskiego nad modernizacją rzeki Odry, na stanowisko St. Inspektora Nadzoru z interesującą płacą, więc skorzystałem z propozycji. To rozwiązanie, zadowalało wszystkich. A ja pracowałem, w tym samym terenie, tylko w innym charakterze i z innej pozycji. Oczywiście nadzorowałem teraz pięć budów, więc codziennie przemierzałem samochodem około 100-150 km, ale praca była ciekawa i uczyłem się nowych technologii. Pracowało mi się dobrze w zgranym zespole, ale życie szykowało mi niespodziankę i nowe wyzwania.
poniedziałek, 23 marca 2015
Droga......cdn.II cz.
Nowa miejsce pracy, nowi współpracownicy, którzy niezbyt przychylnie przyjęli kogoś z zewnątrz. Tym bardziej , że niektórzy liczyli na awans. W związku z czym, początki były trudne, jak zresztą zawsze w takiej sytuacji bywa. Jedynym sposobem/ jak mi się wtedy wydawało/ zjednania sobie pracowników, było przekonanie ich o znajomości zagadnień, którymi przyszło mi się zajmować. Po skontrolowaniu planów inwestycyjnych i ich realizacji oraz gospodarki środkami trwałymi, już miałem obraz niedociągnięć na tych odcinkach, ale to spowodowało, jeszcze większą niechęć do mnie, bo musiałem zwrócić uwagę osobom prowadzącym te zagadnienia.
Dzień po dniu, starałem się poprawiać funkcjonowanie powierzonego mi działu. Z czasem emocje pracowników opadły, bo zrozumieli, że znam się na pracy i nie pozwolę nikomu na lekceważenie swoich obowiązków.
Ta praca, dawała mi wiele satysfakcji, bo widziałem jak zaczyna poprawnie funkcjonować współpraca z innymi działami, jak choćby z księgowością, gdzie wcześniej był ciągły konflikt i udowadnianie sobie racji. A po rygorystycznym przestrzeganiu procedur, wszystko wróciło na "właściwe tory".Oczywiście błędy w postępowaniu leżały po ob u stronach, ale wszystko można sobie rzeczowo wyjaśnić.
Paradoksalnie, ta "naprawa" stosunków z księgowością nie podobała się tym którzy wcześniej, swoje błędy, usprawiedliwiali złą wolą drugiej strony.
Po dwu latach pracy, udało się doprowadzić dział i podległe mi jednostki, t.j. stocznię i bazę sprzętowo transportową, do w miarę poprawnego funkcjonowania.
W tym czasie , moja żona zapadła na gruźlicę płuc/ wskutek niedoleczonych gryp i przeziębień/ i wylądowała w szpitalu. Żeby moja córka, zmieniła klimat, przydzielono mi wczasy nad morzem. Wszystko było załatwiane przez zakład pracy, dużo wcześniej , szef podpisał mi wniosek o urlop. Ale dzień przed początkiem urlopu wezwał mnie szef i powiedział, że odwołuje mój urlop, bo coś nie zostało zrobione. Kiedy stwierdziłem , że powinien to zrobić pracownik i ja do tego nie jestem potrzebny, szef zagroził, że mnie zwolni jeżeli pojadę na te wczasy.
Ale zdrowie mojej córki było ważniejsze i pojechaliśmy nad morze.....
Dzień po dniu, starałem się poprawiać funkcjonowanie powierzonego mi działu. Z czasem emocje pracowników opadły, bo zrozumieli, że znam się na pracy i nie pozwolę nikomu na lekceważenie swoich obowiązków.
Ta praca, dawała mi wiele satysfakcji, bo widziałem jak zaczyna poprawnie funkcjonować współpraca z innymi działami, jak choćby z księgowością, gdzie wcześniej był ciągły konflikt i udowadnianie sobie racji. A po rygorystycznym przestrzeganiu procedur, wszystko wróciło na "właściwe tory".Oczywiście błędy w postępowaniu leżały po ob u stronach, ale wszystko można sobie rzeczowo wyjaśnić.
Paradoksalnie, ta "naprawa" stosunków z księgowością nie podobała się tym którzy wcześniej, swoje błędy, usprawiedliwiali złą wolą drugiej strony.
Po dwu latach pracy, udało się doprowadzić dział i podległe mi jednostki, t.j. stocznię i bazę sprzętowo transportową, do w miarę poprawnego funkcjonowania.
W tym czasie , moja żona zapadła na gruźlicę płuc/ wskutek niedoleczonych gryp i przeziębień/ i wylądowała w szpitalu. Żeby moja córka, zmieniła klimat, przydzielono mi wczasy nad morzem. Wszystko było załatwiane przez zakład pracy, dużo wcześniej , szef podpisał mi wniosek o urlop. Ale dzień przed początkiem urlopu wezwał mnie szef i powiedział, że odwołuje mój urlop, bo coś nie zostało zrobione. Kiedy stwierdziłem , że powinien to zrobić pracownik i ja do tego nie jestem potrzebny, szef zagroził, że mnie zwolni jeżeli pojadę na te wczasy.
Ale zdrowie mojej córki było ważniejsze i pojechaliśmy nad morze.....
środa, 11 marca 2015
Moja droga do stanowiska Z-cy Dyrektora. Cz.I
Po ukończeniu studiów, postanowiłem zmienić pracę na lepiej płatną, co nie było wcale takie proste. Co prawda stanowisk pracy było dużo , ale doszedłem do takiego poziomu wynagrodzenia, że trudno było, bez poparcia coś znaleźć. W desperacji, dałem się namówić na wizytę w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Rozmowa w wydziale Kadr, trwała ponad 2 godziny i miała charakter przesłuchania. Okazało się , że wiedziano o mnie i mojej rodzinie, więcej niż ja sam.Wypytywano mnie o brata mojej Babci, który był oficerem i po dojściu Piłsudskiego do władzy,popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę , o mojego Dziadka, który służył w armii gen. Hallera i wiele innych zdarzeń z przeszłości mojej rodziny, o których nic nie wiedziałem. W końcu wręczono mi ankietę personalną/ formatu A-4 i objętości ok.60 stron/, polecono dokładnie wypełnić i przynieść za kilka dni.
Oszołomiony tą rozmową , wsiadłem do pociągu , żeby wrócić do domu. Razem ze mną jechał starszy kolega, który studia skończył rok wcześniej. Zainteresował się tą obszerną broszurą, a kiedy mu powiedziałem co to jest i gdzie byłem na rozmowie, poprosił mnie żebym się wstrzymał z wypełnianiem ankiety i dalszymi rozmowami, przez tydzień, bo on postara się znaleźć mi pracę gdzie indziej.
Postanowiłem poczekać. Za 3 dni zadzwonił do mnie i podał mi adres firmy i nazwisko szefa do którego mam się zgłosić w sprawie pracy. Rozmowa z Dyrektorem była krótka i przyjemna, zaproponował mi stanowisko Gł. Mechanika w przedsiębiorstwie budownictwa hydrotechnicznego, z satysfakcjonującą mnie pensją.I tak ponownie wróciłem nad Odrę.....Pewne trudności związane z rezygnacją z pracy w Milicji, odczuwałem jeszcze przez długie lata...
Oszołomiony tą rozmową , wsiadłem do pociągu , żeby wrócić do domu. Razem ze mną jechał starszy kolega, który studia skończył rok wcześniej. Zainteresował się tą obszerną broszurą, a kiedy mu powiedziałem co to jest i gdzie byłem na rozmowie, poprosił mnie żebym się wstrzymał z wypełnianiem ankiety i dalszymi rozmowami, przez tydzień, bo on postara się znaleźć mi pracę gdzie indziej.
Postanowiłem poczekać. Za 3 dni zadzwonił do mnie i podał mi adres firmy i nazwisko szefa do którego mam się zgłosić w sprawie pracy. Rozmowa z Dyrektorem była krótka i przyjemna, zaproponował mi stanowisko Gł. Mechanika w przedsiębiorstwie budownictwa hydrotechnicznego, z satysfakcjonującą mnie pensją.I tak ponownie wróciłem nad Odrę.....Pewne trudności związane z rezygnacją z pracy w Milicji, odczuwałem jeszcze przez długie lata...
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Dalej o nieprzewidywalności życia czyli jak nie można tak jak powinno być, to się lubi tak jak można...
Ponieważ zbliżają się Święta , czas śpiewania kolęd, zostawmy na chwilę wspomnienia zawodowe.
Od "zawsze", byłem blisko muzyki i śpiewu, mówiono nawet że mam doskonałe wyczucie rytmu i niezły głos.
W naszym domu, mój Ojciec grał na skrzypcach od młodości( był ludowym samoukiem), grywał z kolegami na weselach i zabawach ludowych. Oczywiście były to proste utwory ludowe, nigdy nie miał czasu ani okazji nauczenia się gry klasycznej ani nut. Niemniej to wystarczyło aby przy każdej uroczystości rodzinnej, przygrywać do śpiewu a i do tańca, bo tak u nas to wyglądało.
Oczywiście , w szkole podstawowej , w drugiej klasie zapisał mnie na naukę gry na skrzypcach, bo instrument był w domu. Ja wykręcałem się jak tylko mogłem, ale bez skutku. Ponieważ zupełnie mnie ten instrument nie interesował, jedynym efektem lekcji, były poobijane uszy smyczkiem nauczyciela, w efekcie rodzice zmienili mi instrument na mandolinę( bo Mama trochę grała i też mieliśmy ją w domu), ale i ta nauka poszła w las. Nikt wtedy nie pomyślał, żeby mi szkolić głos w chórze.
Przez długie, szkolne lata śpiewałem na szkolnych akademiach, na kolonijnych ogniskach i oczywiście na rodzinnych uroczystościach. W szkole średniej, koledzy nauczyli mnie kilku akordów na gitarze ( tyle pozostało mi do dzisiaj) co pozwało mi akompaniować sobie do śpiewania kilku piosenek biesiadnych.
W czasie pracy w Zdzieszowicach, wraz z kolegami i Kierownikiem Zakładowego Domu Kultury, założyliśmy zespół muzyczny, który akompaniował trójce solistów( wśród których byłem ja).Zatrudniono zawodowego instruktora, który uczył nas śpiewu i prowadził próby zespołu muzycznego.
Po pół roku intensywnej pracy, wystąpiliśmy z koncertem, przed miejscową publicznością. Występ się spodobał ( była to składanka,skeczy,piosenek i popisy trio harmonijek ustnych), w efekcie otrzymywaliśmy zaproszenia, z wielu dużych domów kultury w kraju, aby uświetnić różnego rodzaje uroczystości. Występy były bezpłatne, zapraszający ponosili jedynie koszty transportu i drobnego posiłku.Ten okres , dający mi dużo satysfakcji( śpiewałem, grałem w trio harmonijek ustnych i współprowadziłem konferansjerkę),trwał ponad dwa lata
Niestety studia wymagały coraz więcej czasu i zostałem zmuszony zawiesić swój udział w pracy zespołu estradowego.
Z tego wspaniałego czasu, pozostało mi obycie ze sceną, umiejętność w miarę poprawnego śpiewania i brak tremy przed publicznymi wystąpieniami. Wtedy wydawało mi się , że to jedynie mała przerwa w tej działalności i zaraz wrócę do tego co lubię, ale życie jak zwykle ma swoje scenariusze.Tamta przygoda ze sceną skończyła się na zawsze.
Choroba, którą przebyłem, zabrała mi to co lubiłem- możliwość śpiewania i pływania w wodzie. Oczywiście próbuję robić i jedno i drugie,ale to tylko.udowadnianie sobie i innym, że nawet bez krtani( z otworem w szyi) można to robić, chociaż to n ie to samo. Ale jak nie można tak jak powinno być, to się lubi tak jak można......
Od "zawsze", byłem blisko muzyki i śpiewu, mówiono nawet że mam doskonałe wyczucie rytmu i niezły głos.
W naszym domu, mój Ojciec grał na skrzypcach od młodości( był ludowym samoukiem), grywał z kolegami na weselach i zabawach ludowych. Oczywiście były to proste utwory ludowe, nigdy nie miał czasu ani okazji nauczenia się gry klasycznej ani nut. Niemniej to wystarczyło aby przy każdej uroczystości rodzinnej, przygrywać do śpiewu a i do tańca, bo tak u nas to wyglądało.
Oczywiście , w szkole podstawowej , w drugiej klasie zapisał mnie na naukę gry na skrzypcach, bo instrument był w domu. Ja wykręcałem się jak tylko mogłem, ale bez skutku. Ponieważ zupełnie mnie ten instrument nie interesował, jedynym efektem lekcji, były poobijane uszy smyczkiem nauczyciela, w efekcie rodzice zmienili mi instrument na mandolinę( bo Mama trochę grała i też mieliśmy ją w domu), ale i ta nauka poszła w las. Nikt wtedy nie pomyślał, żeby mi szkolić głos w chórze.
Przez długie, szkolne lata śpiewałem na szkolnych akademiach, na kolonijnych ogniskach i oczywiście na rodzinnych uroczystościach. W szkole średniej, koledzy nauczyli mnie kilku akordów na gitarze ( tyle pozostało mi do dzisiaj) co pozwało mi akompaniować sobie do śpiewania kilku piosenek biesiadnych.
W czasie pracy w Zdzieszowicach, wraz z kolegami i Kierownikiem Zakładowego Domu Kultury, założyliśmy zespół muzyczny, który akompaniował trójce solistów( wśród których byłem ja).Zatrudniono zawodowego instruktora, który uczył nas śpiewu i prowadził próby zespołu muzycznego.
Po pół roku intensywnej pracy, wystąpiliśmy z koncertem, przed miejscową publicznością. Występ się spodobał ( była to składanka,skeczy,piosenek i popisy trio harmonijek ustnych), w efekcie otrzymywaliśmy zaproszenia, z wielu dużych domów kultury w kraju, aby uświetnić różnego rodzaje uroczystości. Występy były bezpłatne, zapraszający ponosili jedynie koszty transportu i drobnego posiłku.Ten okres , dający mi dużo satysfakcji( śpiewałem, grałem w trio harmonijek ustnych i współprowadziłem konferansjerkę),trwał ponad dwa lata
Niestety studia wymagały coraz więcej czasu i zostałem zmuszony zawiesić swój udział w pracy zespołu estradowego.
Z tego wspaniałego czasu, pozostało mi obycie ze sceną, umiejętność w miarę poprawnego śpiewania i brak tremy przed publicznymi wystąpieniami. Wtedy wydawało mi się , że to jedynie mała przerwa w tej działalności i zaraz wrócę do tego co lubię, ale życie jak zwykle ma swoje scenariusze.Tamta przygoda ze sceną skończyła się na zawsze.
Choroba, którą przebyłem, zabrała mi to co lubiłem- możliwość śpiewania i pływania w wodzie. Oczywiście próbuję robić i jedno i drugie,ale to tylko.udowadnianie sobie i innym, że nawet bez krtani( z otworem w szyi) można to robić, chociaż to n ie to samo. Ale jak nie można tak jak powinno być, to się lubi tak jak można......
niedziela, 21 grudnia 2014
Życie jest nieprzewidywalne-ciąg dalszy
Praca w tym dziale, okazała się wyzwaniem. Był zorganizowany w specyficzny sposób. Nigdy wcześniej (co zrozumiałe) ale i potem, nie spotkałem się z takim sposobem. Dział zajmował obszerną salę, w której ustawiono 10 par biurek, w dwu równoległych rzędach po pięć na stronie, na czele na podwyższeniu( podobnie jak w szkolnej klasie) stało biurko Kierownika Działu, zza którego bacznie obserwował pracę swoich podwładnych. na trzech ścianach były umieszczone szafy. Każdy pracownik miał swoją szafę z segregatorami zawierającymi akta zamówień urządzeń.Możecie sobie wyobrazić, jaki był harmider, kiedy jednocześnie kilku pracowników rozmawiało przez telefon. Każdy pracownik musiał w każdym momencie wyczerpująco poinformować o stadium zaawansowania, każdego z prowadzonych zamówień, a na jednego pracownika przypadało co najmniej 30 do 50.
Ta praca wymagała , bardzo częstych wyjazdów w delegacje, dzięki czemu poznałem wiele miast Polski. Oczywiście podróżowało się pociągami i autobusami. Często bywało tak, że wyjeżdżając w poniedziałek wracałem w czwartek albo i piątek.
Ale była niesamowita satysfakcja, kiedy sprowadzone w elementach urządzenia dźwignicowe,w czasie montażu, były kompletne, a elementów składowych, było i ponad 100 i więcej.
Dzięki tym podróżom, zawierałem mnóstwo nowych znajomości, niejednokrotnie podtrzymywanych przez lata (a trzeba pamiętać, że nie było wtedy telefonów komórkowych ani internetu, bo był to rok 1965). Tak pracowałem przez dwa lata, a potem zacząłem studia wieczorowe i mój pracodawca przeniósł mnie do działu realizacji i nadzoru, o była to praca stacjonarna na budowie.
Pozwalało mi to, na udział w codziennych zajęciach na studiach.Był to trudny okres życia.
Pogodzenie pracy, studiowania, oraz obowiązków rodzinnych (bo w międzyczasie ożeniłem się a potem pojawiło się dziecko), wymagało wielkiego wysiłku ( również od mojej żony, uzupełniającej wykształcenie średnie, w systemie zaocznym). Ale daliśmy radę, z pomocą nieocenionej opiekunki naszej córeczki.
W trakcie studiów , dwukrotnie zmieniałem pracę, w poszukiwaniu lepszej płacy.Ale były to czasy , kiedy ze znalezieniem pracy nie było żadnych trudności.W każdym miejscu pracy zdobywałem nowe doświadczenia, rozszerzałem swój "warsztat" inżyniera, którym zostałem w 1973 roku.
Kolejny epizod zawodowy, to praca na stanowisku dyrektorskim, ale o tym potem...
Ta praca wymagała , bardzo częstych wyjazdów w delegacje, dzięki czemu poznałem wiele miast Polski. Oczywiście podróżowało się pociągami i autobusami. Często bywało tak, że wyjeżdżając w poniedziałek wracałem w czwartek albo i piątek.
Ale była niesamowita satysfakcja, kiedy sprowadzone w elementach urządzenia dźwignicowe,w czasie montażu, były kompletne, a elementów składowych, było i ponad 100 i więcej.
Dzięki tym podróżom, zawierałem mnóstwo nowych znajomości, niejednokrotnie podtrzymywanych przez lata (a trzeba pamiętać, że nie było wtedy telefonów komórkowych ani internetu, bo był to rok 1965). Tak pracowałem przez dwa lata, a potem zacząłem studia wieczorowe i mój pracodawca przeniósł mnie do działu realizacji i nadzoru, o była to praca stacjonarna na budowie.
Pozwalało mi to, na udział w codziennych zajęciach na studiach.Był to trudny okres życia.
Pogodzenie pracy, studiowania, oraz obowiązków rodzinnych (bo w międzyczasie ożeniłem się a potem pojawiło się dziecko), wymagało wielkiego wysiłku ( również od mojej żony, uzupełniającej wykształcenie średnie, w systemie zaocznym). Ale daliśmy radę, z pomocą nieocenionej opiekunki naszej córeczki.
W trakcie studiów , dwukrotnie zmieniałem pracę, w poszukiwaniu lepszej płacy.Ale były to czasy , kiedy ze znalezieniem pracy nie było żadnych trudności.W każdym miejscu pracy zdobywałem nowe doświadczenia, rozszerzałem swój "warsztat" inżyniera, którym zostałem w 1973 roku.
Kolejny epizod zawodowy, to praca na stanowisku dyrektorskim, ale o tym potem...
czwartek, 18 grudnia 2014
Życie jest nieprzewidywalne
Sporo czasu minęło, od chwili napisania ostatniego postu. Miało na to wpływ wiele czynników, ale nie o nich chcę pisać.
Swoje wspomnienia, zakończyłem pożegnaniem z żeglowaniem, a raczej pływaniem po Odrze. Zderzenie z inną rzeczywistością, nie było przyjemne. Zacząłem nową pracę, jako stażysta w dziale Inwestycji, rozbudowywanych Zakładów Koksowniczych w Zdzieszowicach.Była to praca ciekawa. Pod nadzorem doświadczonych fachowców, poznawałem dokumentację techniczną, realizowanej budowy oraz konfrontować projekt na papierze z wykonywanymi pracami w terenie. Nauczono mnie "czytania" skomplikowanych rysunków budowlanych i kosztorysów. Zapoznałem z odpowiedzialną i skomplikowaną pracą geodetów, wytyczających w "dziewiczym" terenie, mające powstać projektowane obiekty. Wszytko to było wspaniałe i fascynujące , oprócz pieniędzy które dostawałem co miesiąc. W porównaniu do zarobków z Żeglugi, to nie było nawet 30%. Dobrze , że mieszkałem u rodziców i n ie musiałem martwić się o wikt i opierunek. W tej mojej pracy, były też mniej wspaniałe momenty, kiedy stażystę wysyłano do zakładowego sklepiku po śniadanie lub papierosy, dla Pana Inżyniera. Dzisiaj odbieram to jako lekcję pokory, ale wtedy wszystko się we mnie burzyło.
Rok stażu minął szybko i po zdaniu egzaminu, przed kilkuosobową komisją, czekałem na propozycję pracy. Wymarzyłem sobie, że może trafię do działu realizacji i będę na bieżąco widział jak dzień po dniu "rosną" budowane obiekty.
Ale zostałem skierowany do działu zaopatrzenia i kompletacji dostaw, dzisiaj nazwano by go działem logistyki.Tak życie konfrontuje marzenia z rzeczywistością.
Swoje wspomnienia, zakończyłem pożegnaniem z żeglowaniem, a raczej pływaniem po Odrze. Zderzenie z inną rzeczywistością, nie było przyjemne. Zacząłem nową pracę, jako stażysta w dziale Inwestycji, rozbudowywanych Zakładów Koksowniczych w Zdzieszowicach.Była to praca ciekawa. Pod nadzorem doświadczonych fachowców, poznawałem dokumentację techniczną, realizowanej budowy oraz konfrontować projekt na papierze z wykonywanymi pracami w terenie. Nauczono mnie "czytania" skomplikowanych rysunków budowlanych i kosztorysów. Zapoznałem z odpowiedzialną i skomplikowaną pracą geodetów, wytyczających w "dziewiczym" terenie, mające powstać projektowane obiekty. Wszytko to było wspaniałe i fascynujące , oprócz pieniędzy które dostawałem co miesiąc. W porównaniu do zarobków z Żeglugi, to nie było nawet 30%. Dobrze , że mieszkałem u rodziców i n ie musiałem martwić się o wikt i opierunek. W tej mojej pracy, były też mniej wspaniałe momenty, kiedy stażystę wysyłano do zakładowego sklepiku po śniadanie lub papierosy, dla Pana Inżyniera. Dzisiaj odbieram to jako lekcję pokory, ale wtedy wszystko się we mnie burzyło.
Rok stażu minął szybko i po zdaniu egzaminu, przed kilkuosobową komisją, czekałem na propozycję pracy. Wymarzyłem sobie, że może trafię do działu realizacji i będę na bieżąco widział jak dzień po dniu "rosną" budowane obiekty.
Ale zostałem skierowany do działu zaopatrzenia i kompletacji dostaw, dzisiaj nazwano by go działem logistyki.Tak życie konfrontuje marzenia z rzeczywistością.
piątek, 6 czerwca 2014
Pożegnanie z Żeglugą...
Moja przygoda z żeglugą po Odrze trwała niecały rok, ale z tego okresu czasu mam bardzo wiele wspomnień i doświadczeń życiowych. Zakończenie sezonu żeglugowego 1964, zastało nas początkiem grudnia w Szczecinie. Zimowisko było wyznaczone na prawym brzegu Odry, w okolicach stoczni rzecznej , na ul.Heyki. Załadowali nam ładownie cukrem w foliowych workach, i przez okres postoju spełnialiśmy rolę magazynu. Ładownie zaplombowano i uszczelniono pokrywy brezentowymi pokrowcami.
Załoga korzystając ze względnie dobrej pogody, robiła drobne remonty, a ja oczywiście z Mechanikiem, w maszynowni rozebraliśmy kolejno silniki i zrobiliśmy generalny przegląd , usuwając drobne usterki i wymieniając uszkodzone części. Ponieważ jak wspominałem wcześniej, byłem drobnej postury, wchodziłem do wnętrza silnika ( z którego wcześniej wymontowaliśmy tłoki i korbowody) i robiłem przegląd panewek wału korbowego, myłem wnętrze itp. Po tej pracy długo musiałem się myć, żeby doprowadzić się do jakiego takiego porządku, ale zapachu oleju napędowego , długo nie mogłem się pozbyć.
Na zimowisku, zgrupowano ok. 30 barek i zestawów pchanych, teren oświetlono, każda załoga miała wyznaczyć jednego członka, który będzie pełnił rolę stróża na barce, oczywiście padło na mnie, bo miałem tylko 10 dni urlopu za przepracowane dni wolne( niedziele i święta), pozostali pojechali do domu. Nie miałem najszczęśliwszej miny , z takiego obrotu sprawy, ale nie było żadnej dyskusji. Zespół, który pozostał do pilnowania obiektów, to byli z reguły sami młodzi ludzie, albo tacy, którzy z różnych powodów nie mieli po co i do kogo pojechać. Na pierwszej wspólnej kolacji, przy dobrym jedzonku i piciu, ustaliliśmy grafik dyżurów nocnych, oraz kto pojedzie na Święta do domu na 5 dni, a kto na Sylwestra i Nowy Rok. Podczas gdy pozostali zajmą się opieką nad ich obiektami, oczywiście było to nieformalne, ale nawet podczas teoretycznej kontroli, nieobecność paru osób, zawsze była wytłumaczalna.
23 Grudnia wsiadłem do pociągu i rano w Wigilię byłem w domu w Zdzieszowicach. Radość była wielka, dla wszystkich miałem prezenty, dość drogie, ale moje zarobki mi na to pozwalały. Niestety święta szybko minęły i musiałem wracać do Szczecina. W mojej kajucie na barce było tak zimno, że pomimo zapalenia w piecyku węglowym, rano budziłem się przemarznięty a czasami jak nie wstałem w nocy dołożyć do pieca, to i często głowa przymarzała mi do poduszki.W każdej wolnej chwili chodziłem do centrum i zwiedzałem Szczecin, zawierałem nowe znajomości....Często bardzo miłe i przyjemne, w końcu byłem kawalerem. Początkiem lutego , niespodziewanie przyszło ocieplenie i kra zaczęła spływać. Kolejno załogi zaczęły wracać z urlopów i szykować barki do ponownego sezonu. Nas wysłano w połowie lutego, w rejs powrotny. Po wyładowaniu cukru, zabraliśmy rudę z portu w Szczecinie i ruszyliśmy w drogę do Gliwic. Płynęło się ciężko, bo kra lodowa jeszcze ciągle płynęła po Odrze, ponadto po zimie szlak nie był do końca przygotowany i można było nieoczekiwanie znaleźć się na mieliźnie. Mijaliśmy po drodze takich pechowców i w skrytości ducha , modliliśmy się aby nas to nie spotkało. Na posterunku granicznym w Kostrzynie, otrzymaliśmy rozkaz od dyspozytora z Żeglugi, żeby przerwać rejs, ze względu na pogorszenie się warunków żeglugowych i nawrót zimy, mieliśmy zacumować w Krośnie Odrzańskim.
Było to sympatyczne , niewielkie miasteczko. Przyszło nam czekać na lepszą pogodę ponad dwa tygodnie, ale mnie czas się nie dłużył, bo zakochałem się w miejscowej dziewczynie. Dni biegły stanowczo za szybko i kiedy przyszło się żegnać, obustronnym łzom i wzajemnym obietnicom nie było końca....Ale czas szybko leczy takie rany .Pozostały tylko miłe wspomnienia.
Przy okazji kolejnego pobytu w domu, Ojciec przeprowadził ze mną stanowczą i męską rozmowę i przekonał mnie do studiów wieczorowych, a to wiązało się ze zmianą pracy.
Końcem maja, pożegnałem się z kolegami i życiem "kanalarza" i bogatszy o bezcenne doświadczenia życiowe, Rozpocząłem nowy etap w swoim życiu.
Załoga korzystając ze względnie dobrej pogody, robiła drobne remonty, a ja oczywiście z Mechanikiem, w maszynowni rozebraliśmy kolejno silniki i zrobiliśmy generalny przegląd , usuwając drobne usterki i wymieniając uszkodzone części. Ponieważ jak wspominałem wcześniej, byłem drobnej postury, wchodziłem do wnętrza silnika ( z którego wcześniej wymontowaliśmy tłoki i korbowody) i robiłem przegląd panewek wału korbowego, myłem wnętrze itp. Po tej pracy długo musiałem się myć, żeby doprowadzić się do jakiego takiego porządku, ale zapachu oleju napędowego , długo nie mogłem się pozbyć.
Na zimowisku, zgrupowano ok. 30 barek i zestawów pchanych, teren oświetlono, każda załoga miała wyznaczyć jednego członka, który będzie pełnił rolę stróża na barce, oczywiście padło na mnie, bo miałem tylko 10 dni urlopu za przepracowane dni wolne( niedziele i święta), pozostali pojechali do domu. Nie miałem najszczęśliwszej miny , z takiego obrotu sprawy, ale nie było żadnej dyskusji. Zespół, który pozostał do pilnowania obiektów, to byli z reguły sami młodzi ludzie, albo tacy, którzy z różnych powodów nie mieli po co i do kogo pojechać. Na pierwszej wspólnej kolacji, przy dobrym jedzonku i piciu, ustaliliśmy grafik dyżurów nocnych, oraz kto pojedzie na Święta do domu na 5 dni, a kto na Sylwestra i Nowy Rok. Podczas gdy pozostali zajmą się opieką nad ich obiektami, oczywiście było to nieformalne, ale nawet podczas teoretycznej kontroli, nieobecność paru osób, zawsze była wytłumaczalna.
23 Grudnia wsiadłem do pociągu i rano w Wigilię byłem w domu w Zdzieszowicach. Radość była wielka, dla wszystkich miałem prezenty, dość drogie, ale moje zarobki mi na to pozwalały. Niestety święta szybko minęły i musiałem wracać do Szczecina. W mojej kajucie na barce było tak zimno, że pomimo zapalenia w piecyku węglowym, rano budziłem się przemarznięty a czasami jak nie wstałem w nocy dołożyć do pieca, to i często głowa przymarzała mi do poduszki.W każdej wolnej chwili chodziłem do centrum i zwiedzałem Szczecin, zawierałem nowe znajomości....Często bardzo miłe i przyjemne, w końcu byłem kawalerem. Początkiem lutego , niespodziewanie przyszło ocieplenie i kra zaczęła spływać. Kolejno załogi zaczęły wracać z urlopów i szykować barki do ponownego sezonu. Nas wysłano w połowie lutego, w rejs powrotny. Po wyładowaniu cukru, zabraliśmy rudę z portu w Szczecinie i ruszyliśmy w drogę do Gliwic. Płynęło się ciężko, bo kra lodowa jeszcze ciągle płynęła po Odrze, ponadto po zimie szlak nie był do końca przygotowany i można było nieoczekiwanie znaleźć się na mieliźnie. Mijaliśmy po drodze takich pechowców i w skrytości ducha , modliliśmy się aby nas to nie spotkało. Na posterunku granicznym w Kostrzynie, otrzymaliśmy rozkaz od dyspozytora z Żeglugi, żeby przerwać rejs, ze względu na pogorszenie się warunków żeglugowych i nawrót zimy, mieliśmy zacumować w Krośnie Odrzańskim.
Było to sympatyczne , niewielkie miasteczko. Przyszło nam czekać na lepszą pogodę ponad dwa tygodnie, ale mnie czas się nie dłużył, bo zakochałem się w miejscowej dziewczynie. Dni biegły stanowczo za szybko i kiedy przyszło się żegnać, obustronnym łzom i wzajemnym obietnicom nie było końca....Ale czas szybko leczy takie rany .Pozostały tylko miłe wspomnienia.
Przy okazji kolejnego pobytu w domu, Ojciec przeprowadził ze mną stanowczą i męską rozmowę i przekonał mnie do studiów wieczorowych, a to wiązało się ze zmianą pracy.
Końcem maja, pożegnałem się z kolegami i życiem "kanalarza" i bogatszy o bezcenne doświadczenia życiowe, Rozpocząłem nowy etap w swoim życiu.
środa, 28 maja 2014
Wolna Odra, pięknie to brzmi....
"Wolna Odra", w tym określeniu kryje się wiele znaczeń, ale przede wszystkim , wolność. Wolność od śluzowania, od rygorów czasowych i namiastka żeglowania, oczywiście żeglarze się żachną-"jakie to żeglowanie, kiedy widać brzegi z obu stron", ale dla mnie "kanalarza", to było żeglowanie od jednego znaku do drugiego, przypominające "halsowanie", omijanie mielizn, które mimo że były oznakowane, na rzece ciągle przemieszczały się i łatwo było o nie zahaczyć. Mijaliśmy kolejne miejscowości, Malczyce, Głogów, Nową Sól, Krosno Odrzańskie. Prawie w każdej mijanej miejscowości, były mniejsze lub większe nadbrzeża przeładunkowe, które wybudowano dla potrzeb miejscowych wytwórni, takich jak cegielnie, młyny, składy opału itp., świadczyło to o mądrym wykorzystaniu drogi wodnej do transportu, w latach 20 i 30 , XX wieku. W czasie , o którym piszę, to wykorzystanie pomału zanikało i ograniczało się do punktów przeładunkowych w Koźlu, Wrocławiu i Szczecinie. Obecnie o wykorzystaniu Odry, w większości się tylko mówi. Tymczasem, moja barka wpłynęła na odcinek graniczny z Niemiecką Republiką Demokratyczną i po lewej stronie mijaliśmy piękne zabudowania Frankfurtu n/Odrą, wkrótce dopłynęliśmy do ujścia Warty, w miejscowości Siekierki, gdzie w czasie II wojny światowej, odbyła się duża bitwa, przy forsowaniu Odry. Rzeka stała się szeroka i mocno porośnięta po obu stronach, stwarzając jeszcze bardziej romantyczny krajobraz. Pomimo tego, że pływanie dozwolone było tylko od 6.00 do 22.00, to wszyscy pływali , na "wolnej Odrze", przez całą dobę, skracając w ten sposób czas, jaki był wyznaczony w rozkazie wyjazdu, tym samym , w miesiącu , który nominalnie miał przykładowo 200 godz. roboczych, wypracowywaliśmy, tych godzin np. 250. Wszystko , po to aby zwiększyć swoje zarobki. W miejscowości Widuchowa, granica skręcała w odnogę ujścia Odry, tzw. Odrę zachodnią, a my płynęliśmy głównym korytem , przez potężne rozlewisko ujścia, do Szczecina, do nadbrzeża elektrowni "Pomorzany", gdzie rozładowaliśmy, przywieziony węgiel. Po rozładunku, przycumowaliśmy przy Wałach Chrobrego, prawie w centrum miasta. Był piękny sierpień, a ja w oczekiwaniu na dalsze rozkazy, zwiedzałem miasto. Szczecin zrobił na mnie wielkie wrażenie, swoją starą zabudową centrum oraz nowymi, powojennymi budynkami, pięknie wkomponowanymi w starą część miasta. Mnóstwo sklepów zaopatrzonych w towary pochodzenia zagranicznego, lokale gastronomiczne nastawione na marynarzy, dziewczyny , jak kolorowe ptaki.... Na mnie, chłopaka z małego miasteczka, robiło to ogromne wrażenie.Niedziela, tłumy spacerowiczów, ciekawie przyglądały się zacumowanym barkom i odpoczywającym załogom. Czasem ciekawa panienka, pomimo sprzeciwu Kapitana, wchodziła na pokład zobaczyć kajuty......
W poniedziałek, przyszedł rozkaz wyjazdu do Świnoujścia, pod załadunek rudy żelaza, wprost ze statku.
Od rana zapełnialiśmy zbiorniki balastowe wodą, aby można było przepłynąć Kanałem królewskim, przez Jezioro Dąbie, a następnie asekurowani , przez holownik, popłynęliśmy. Mieliśmy do przebycia około 80 km, wieczorem , bez przygód dotarliśmy na miejsce. Dla mnie, to była frajda, płynęliśmy po naprawdę wielkiej wodzie, a barki mimo wszystko nie są do końca przystosowane do takiej żeglugi. Wystarczyłby większy podmuch wiatru i mogło być ciężko, ale na szczęście nic się nie stało. Przybiliśmy do burty rudowęglowca, pod szwedzką banderą i zaczął się załadunek. Od szwedzkich marynarzy kupiliśmy, oczywiście po kryjomu, amerykańskie papierosy, kawę, prezerwatywy oraz pończochy i rajstopy damskie. Ceny były bardzo atrakcyjne. Handelek był na burcie od strony wody, podczas gdy przy trapie stali żołnierze WOP( Wojska Ochrony Pogranicza), oczywiście świadomi tego, ale im też z tego zawsze coś kapnęło...
Po zakończeniu załadunku, połączeni holami z dwoma innymi barkami, ruszyliśmy do Szczecina, ciągnięci przez duży holownik portowy, a potem dalej , już samodzielnie do portu docelowego w Gliwicach...
W poniedziałek, przyszedł rozkaz wyjazdu do Świnoujścia, pod załadunek rudy żelaza, wprost ze statku.
Od rana zapełnialiśmy zbiorniki balastowe wodą, aby można było przepłynąć Kanałem królewskim, przez Jezioro Dąbie, a następnie asekurowani , przez holownik, popłynęliśmy. Mieliśmy do przebycia około 80 km, wieczorem , bez przygód dotarliśmy na miejsce. Dla mnie, to była frajda, płynęliśmy po naprawdę wielkiej wodzie, a barki mimo wszystko nie są do końca przystosowane do takiej żeglugi. Wystarczyłby większy podmuch wiatru i mogło być ciężko, ale na szczęście nic się nie stało. Przybiliśmy do burty rudowęglowca, pod szwedzką banderą i zaczął się załadunek. Od szwedzkich marynarzy kupiliśmy, oczywiście po kryjomu, amerykańskie papierosy, kawę, prezerwatywy oraz pończochy i rajstopy damskie. Ceny były bardzo atrakcyjne. Handelek był na burcie od strony wody, podczas gdy przy trapie stali żołnierze WOP( Wojska Ochrony Pogranicza), oczywiście świadomi tego, ale im też z tego zawsze coś kapnęło...
Po zakończeniu załadunku, połączeni holami z dwoma innymi barkami, ruszyliśmy do Szczecina, ciągnięci przez duży holownik portowy, a potem dalej , już samodzielnie do portu docelowego w Gliwicach...
środa, 21 maja 2014
Płyniemy do Szczecina...
Po wyjściu z portu w Koźlu, miałem tyle pracy , że nie miałem czasu oglądać się dookoła, ale teraz , płynąc od śluzy do śluzy, siedziałem w sterówce i podziwiałem piękno odrzańskiego krajobrazu. Odra, pomimo tego , że jest rzeką uregulowaną, ma pięknie zadrzewione i zarośnięte krzakami brzegi. Wśród tej bujnej roślinności, żyje niezliczona i różnorodna ilość ptactwa. Pomimo tego , że woda w owych czasach( rok 1964) była bardzo zanieczyszczona, to żyło w niej mnóstwo ryb, stanowiących pożywienie dla tego ptactwa. Ponieważ był sierpień , po obu stronach rzeki, na polach pracowały maszyny i ludzie. Były żniwa, więc ruch był ogromny. Gdyby nie to , że trzeba było co jakiś czas przepływać przez śluzę, co wymagało cumowania, a potem popuszczania cum w miarę jak barka opadała w dół wraz z obniżaniem się poziomu wody w komorze śluzowej( bo przecież płynęliśmy w dół rzeki) można by zachwycać się krajobrazem i popaść w poetycką zadumę .Ale niestety , byłem w pracy, o czym mi nie dawali zapomnieć moi koledzy, ciągle wynajdując mi zajęcia. Do utrzymywania, odpowiedniego dla żeglugi, poziomu wody, służyły zbiorniki retencyjne, a na szlaku jazy, które wraz ze śluzami tworzyły stopnie wodne .Na trasie z Gliwic do Koźla, czyli na Kanale Gliwickim , jest 6 śluz, a różnica poziomów wynosi 37,15 m. Natomiast na skanalizowanym odcinku Odry, od Koźla do Brzegu Dolnego, było wtedy 23 stopnie wodne, o różnicy poziomów łącznie 64,9 m, oraz jeden budowany wówczas w Malczycach.Budowle te , pochodziły z dziewiętnastego wieku i przy obsłudze wymagały sporego wysiłku fizycznego( a załogę stopni wodnych, z reguły stanowili starsi ludzie), dlatego pomagaliśmy im zamykać i otwierać wrota śluzy. Po 10 latach, jako kierownik robót w przedsiębiorstwie hydrotechnicznym, prowadziłem elektryfikację śluz, w celu usprawnienia i ułatwienia pracy na tych obiektach.Historia kołem się toczy, czasami...... Ale tymczasem , po minięciu Opola, Brzegu i Oławy, dopłynęliśmy do Wrocławia. To miasto, "posiekane" jest niezliczoną ilością kanałów, odnóg odrzańskich, starorzeczy i dopływów rzeczek i potoków. Nad tymi ciekami wodnymi , siłą rzeczy są mosty , mostki i kładki.Dlatego Wrocław, często nazywany jest "miastem tysiąca mostów". Szlak żeglowny, przebiega przez prawie całe miasto, pozwala to sycić wzrok urodą tego starego miasta, chociaż wtedy, często widać było jeszcze ruiny budynków, ślady po zakończonej 19 lat temu , II wojnie światowej. Po minięciu Wrocławia i ostatniej śluzy w Brzegu Dolnym, gdzie ulokowane były zakłady Chemiczne "Rokita", wypływało się na wolną , ale uregulowaną Odrę.Wspomniane zakłady "Rokita", tak bardzo zanieczyszczały swoimi ściekami rzekę, że wokół kolektora ściekowego , była gęsta, wydzielająca ostry zapach piana i pływały śnięte ryby, których nawet ptactwo nie chciało zjeść. Ale wtedy , nikogo to nie wzruszało. Załogi , opowiadały między sobą, że kiedyś młody pracownik na barce, zaczerpnął wiadrem wody do spłukania pokładu. Woda oblała mu nogi i mocno poparzyła, jaki mocno stężony musiał to być roztwór.....
Teraz wypłynęliśmy na "wolną Odrę" i zaczęło się żeglowanie od jednej do drugiej stawy, wyznaczającej szlak wodny. A przed nami Szczecin....
Teraz wypłynęliśmy na "wolną Odrę" i zaczęło się żeglowanie od jednej do drugiej stawy, wyznaczającej szlak wodny. A przed nami Szczecin....
poniedziałek, 12 maja 2014
Pierwszy rejs- ciąg dalszy...
Załadunek odbywał się sprawnie, zawartość kolejnych wagonów z węglem, po przechyleniu o jakieś 120 stopni, lądowała w ładowniach barki, a ja z bosmanem, rozgarnialiśmy węgiel pod burty, przy pomocy specyficznych , szerokich i jednocześnie wąskich łopat. Wokoło unosiły się tumany pyłu węglowego, a my z chustkami zawiązanymi na twarzy, wyglądaliśmy jak kowboje, przy pędzeniu bydła . Załadunek trwał około trzech godzin, w tym czasie Kapitan sprawdzał wskaźniki zanurzenia kadłuba, żeby zanurzenie było zgodne ze stanem wód z komunikatu hydrologicznego. Jest to niezbędne, aby spokojnie przepływać wyznaczonym torem wodnym, który jest oznakowany znakami szlakowymi. Ponadto , każdy znak na wskaźniku zanurzenia , po przeliczeniu informował o ilości załadowanych ton . Tonaż ładunku był wpisywany w raport wyjazdu i sprawdzany przez odbiorcę w miejscu docelowym.W czasie , kiedy Kapitan załatwiał dokumenty wyjazdowe, Ja i Bosman zasuwaliśmy "ferdeki"- pokrywy ładowni. Potem spłukiwaliśmy z gardła pył węglowy (przy pomocy kufelka zimnego piwa), a ja brałem do ręki wąż i wodą pod ciśnieniem, myłem cały pokład. Czas przy pracy biegnie szybko, zrobiło się popołudnie, a ja musiałem jeszcze, w maszynowni przygotować wszystko do wypłynięcia( oczywiście , pod czujnym okiem Mechanika). Teraz już spieszyliśmy się, żeby zdążyć dopłynąć do śluzy w Rogowie, bo Kapitan mieszkał w Malni, na prawym brzegu, a Bosman w Rogowie, na lewym brzegu Odry. Obaj nocowali w domu, a ja z Mechanikiem, zostaliśmy na barce.Na kanale Gliwickim i skanalizowanym odcinku Odry, czyli od Portu w Koźlu do ostatniej wtedy śluzy w Brzegu Dolnym, pływało się do godziny 18.00. Potem śluzy były nieczynne. Po obu stronach śluz, cumowały barki i zestawy pchane, które nie zdążyły się prześluzować i zmuszone były( albo tak jak my, takie miały założenia),do noclegu. W owych czasach ( przypominam, że był rok 1964), na Odrze był wielki ruch, w obie strony, a na szlaku pracowały cały czas pogłębiarki , które dbały o żeglowność szlaku. Znakomita większość, pracowników załóg pływających, pracujących w firmie "Żegluga na Odrze", wywodziła się z wiosek, po obu stronach rzeki. Wielu miało długoletnie, rodzinne tradycje żeglarskie, sięgające kilku pokoleń wstecz. Przodkowie mojego Kapitana i Bosmana, pływali jeszcze tzw. "samospławem". Barki wtedy nie miały silników, a szyprowie wykorzystywali, naturalny nurt rzeki, płynąc w dół. Natomiast z powrotem sznur pustych barek , ciągnęły w górę rzeki holowniki. Trzeba było nie lada kunsztu żeglarskiego, aby na dzikiej , nie uregulowanej i nie pogłębianej rzece, tak sterować, aby nie osiąść na mieliźnie. Po opuszczeniu barki przez Kapitana i Bosmana, musiałem w maszynowni zrobić porządek, wyczyścić maszyny, przetrzeć do czysta podłogę i przepompować paliwo ze zbiorników burtowych , do roboczego.
Zrobił się wieczór, a ja od rana nic nie jadłem, głodny byłem jak diabli. Akurat myślałem co zjeść, kiedy przyszedł Mechanik i zaprosił mnie na kolację. Powiedział wtedy: " Nie wyobrażaj sobie, że tak będzie zawsze, ale dzisiaj dostałeś nieźle w kość i wiem , że nie miałeś czasu na przygotowanie posiłku. A ja zrobiłem swojego sławnego kurczaka. Musisz go spróbować a przy okazji poznamy się lepiej, przecież mamy razem pracować". Kurczak był pyszny, a nasza integracja potrwała do północy.Staszek, bo tak miał na imię mój Mechanik, miał 45 lat i pochodził z podkieleckiej wsi, podczas naszej biesiady, głownie on mówił i opowiadał. Nie skończył żadnej szkoły( oprócz oczywiście powszechnej- jak sam mówił), skończył kilka kursów, na których zdobył kwalifikacje mechanika uprawniające do obsługi maszyn parowych i silników spalinowych na obiektach pływających. Do wszystkiego doszedł sam i tego samego oczekiwał od swoich asystentów( szczególnie tych po maturze- myślę , że miał kompleks braku wykształcenia), co przejawiało się szukaniem niedoróbek w ich pracy, nawet tam gdzie ich faktycznie nie było. Trudna była z nim początkowo współpraca, ale nauczył mnie bardzo wiele, a o to przecież chodziło.Spało mi się tej pierwszej nocy, bardzo dobrze ale krótko.
Zmęczenie pracą i nocne rozmowy z Mechanikiem- bo tak kazał się do siebie zwracać, zrobiły swoje.
Wcześnie rano, przyszli do pracy Kapitan i Bosman i skoro tylko otworzono, wrota śluzy, ruszyliśmy na szlak.
Zrobił się wieczór, a ja od rana nic nie jadłem, głodny byłem jak diabli. Akurat myślałem co zjeść, kiedy przyszedł Mechanik i zaprosił mnie na kolację. Powiedział wtedy: " Nie wyobrażaj sobie, że tak będzie zawsze, ale dzisiaj dostałeś nieźle w kość i wiem , że nie miałeś czasu na przygotowanie posiłku. A ja zrobiłem swojego sławnego kurczaka. Musisz go spróbować a przy okazji poznamy się lepiej, przecież mamy razem pracować". Kurczak był pyszny, a nasza integracja potrwała do północy.Staszek, bo tak miał na imię mój Mechanik, miał 45 lat i pochodził z podkieleckiej wsi, podczas naszej biesiady, głownie on mówił i opowiadał. Nie skończył żadnej szkoły( oprócz oczywiście powszechnej- jak sam mówił), skończył kilka kursów, na których zdobył kwalifikacje mechanika uprawniające do obsługi maszyn parowych i silników spalinowych na obiektach pływających. Do wszystkiego doszedł sam i tego samego oczekiwał od swoich asystentów( szczególnie tych po maturze- myślę , że miał kompleks braku wykształcenia), co przejawiało się szukaniem niedoróbek w ich pracy, nawet tam gdzie ich faktycznie nie było. Trudna była z nim początkowo współpraca, ale nauczył mnie bardzo wiele, a o to przecież chodziło.Spało mi się tej pierwszej nocy, bardzo dobrze ale krótko.
Zmęczenie pracą i nocne rozmowy z Mechanikiem- bo tak kazał się do siebie zwracać, zrobiły swoje.
Wcześnie rano, przyszli do pracy Kapitan i Bosman i skoro tylko otworzono, wrota śluzy, ruszyliśmy na szlak.
wtorek, 6 maja 2014
Mój pierwszy rejs barką...
Po krótkich , pomaturalnych wakacjach, stawiłem się do pracy w Przedsiębiorstwie Państwowym "Żegluga na Odrze, w Koźlu Porcie. Złożenie dokumentów, badanie lekarskie w przyzakładowej przychodni zdrowia(były takie , przy każdym większym przedsiębiorstwie), szkolenie BHP, rozmowa z szefem załóg pływających o obowiązkach i dyscyplinie pracy na barce, wystawienie książki żeglarskiej, wizyta w magazynie i pobranie przysługującej odzieży ochronnej i roboczej oraz pościeli , koca i poduszki, zapakowanie wszystkiego do worka żeglarskiego. Teraz jeszcze tylko do dyspozytora i przydział na barkę BM-5124, która dopiero była przygotowywana do pracy, po przypłynięciu prosto ze stoczni . Nie każdy miał takiego farta , trafić na "nówkę". Z poczekalni dyspozytorskiej, odebrał mnie Kapitan Karol i zaprowadził na nadbrzeże portowe, przy którym , ponad 10 m niżej zacumowana była nasza barka.Na dole, na pokładzie czekali na nas Mechanik i Bosman. Muszę tu nadmienić, że w owym czasie byłem drobnym , niewysokim chłopakiem, a worek żeglarski, który "dyndał" mi na plecach i obijał mi pięty.Kiedy zastanawiałem się jak zejść z tym worem, na pokład po żelaznych klamrach zamocowanych w pionowej ścianie nadbrzeża, Kapitan powiedział:" Zostaw chłopie ten worek, ja Ci go rzucę, jak będziesz na dole". Po przywitaniu się z pozostałymi kolegami, przydzielono mi kajutę na dziobie, obok kajuty Bosmana . Mieliśmy wspólną kuchnię. Kapitan i Mechanik mieli kajuty na rufie, w nadbudówce, z osobnymi kuchniami i łazienkami.Na barce, wszystko "pachniało" nowością i śmierdziało lakierami w kajutach, pomimo intensywnego wietrzenia. Po rozlokowaniu w kabinie, Kapitan zarządził odprawę w sterówce. Ponieważ członkowie załogi nie pływali z sobą do tej pory, wyjaśnił czego po kim oczekuje, ze szczególnym naciskiem , na szkolenie mojej osoby w fachu żeglarskim i pilnowania , żebym nie zrobił czegoś co mogłoby być niebezpieczne.Potem zarządził wspólne wyjście do sklepu po aprowizację na co najmniej 3 dni, bo następnego dnia miał być załadunek i wypłynięcie do Szczecina. Trzeba zaznaczyć, że na barce , wtedy nie było lodówek, tylko schowki , pod podłogą , w przestrzeni zęzowej, gdzie było chłodno.Po zrobieniu zakupów( na które dostałem zaliczkę a'konto wypłaty), poszliśmy wspólnie na piwo do portowej knajpki, przy którym moi starsi koledzy opowiadali różne historie ze swoich doświadczeń, bo wszyscy mieli kilkunastoletni staż pracy w żegludze. A ja chłonąłem wszystko" całym sobą", bo było to nowe i ciekawe.Oni mogliby opowiadać, a ja słuchać do rana, ale Kapitan, miał oko na wszystko i po drugim kufelku zarządził odwrót na barkę.
Wczesnym rankiem Bosman zarządził pobudkę, szybkie mycie, śniadanie( przygotowane samemu sobie), wspólna kawa w sterówce, rozdzielenie obowiązków na przedpołudnie i do roboty. Mnie przypadło w udziale sprawdzenie pod czujnym okiem Mechanika, wszystkich mechanizmów w maszynowni, stanu paliwa i olejów silnikowych, sprawności urządzeń sterowych komunikacyjnych , pomiędzy sterówką a maszynownią, sprawności prądnicy i stanu naładowania akumulatorów, świateł nawigacyjnych itp...
Zajęło nam to czas do 11.00. Po złożeniu przez Mechanika , raportu o gotowości , Kapitan dał sygnał o uruchomieniu silników i przepłynięciu pod wywrotnicę wagonową i rozpoczęciu załadunku węgla dla elektrowni "Pomorzany" w Szczecinie.Moje emocje były na wysokich obrotach, płyniemy( ja po raz pierwszy), wcześniej oczywiście odcumowaliśmy, pod załadunek. Początek mojego pierwszego rejsu....
Wczesnym rankiem Bosman zarządził pobudkę, szybkie mycie, śniadanie( przygotowane samemu sobie), wspólna kawa w sterówce, rozdzielenie obowiązków na przedpołudnie i do roboty. Mnie przypadło w udziale sprawdzenie pod czujnym okiem Mechanika, wszystkich mechanizmów w maszynowni, stanu paliwa i olejów silnikowych, sprawności urządzeń sterowych komunikacyjnych , pomiędzy sterówką a maszynownią, sprawności prądnicy i stanu naładowania akumulatorów, świateł nawigacyjnych itp...
Zajęło nam to czas do 11.00. Po złożeniu przez Mechanika , raportu o gotowości , Kapitan dał sygnał o uruchomieniu silników i przepłynięciu pod wywrotnicę wagonową i rozpoczęciu załadunku węgla dla elektrowni "Pomorzany" w Szczecinie.Moje emocje były na wysokich obrotach, płyniemy( ja po raz pierwszy), wcześniej oczywiście odcumowaliśmy, pod załadunek. Początek mojego pierwszego rejsu....
Wspomnienia o tym , jak kiedyś młodzi szukali pierwszej pracy...
Kiedy dzisiaj obserwuję wysiłki młodych ludzi, których celem jest znalezienie pracy, automatycznie powracają wspomnienia, z początków mojej pracy zawodowej. Oczywiście było to pół wieku temu, w zupełnie innych realiach gospodarczych i politycznych, ale wszyscy młodzi ludzie, mają podobne oczekiwania po skończeniu szkoły średniej technicznej ( co wtedy dawało już niezły status zawodowy) lub po ukończeniu studiów. Wszyscy chcą się usamodzielnić, zarabiać tyle aby na początek wystarczyło na skromne, ale swoje życie( przy , jeżeli to możliwe, jakiejś pomocy rodziców). W owych czasach , wszystkich obowiązywał tzw. staż pracy, przez okres od pół- do roku czasu, za z góry ustaloną stawkę wynagrodzenia. Absolwenci uczelni wyższych , otrzymywali 1600,- zł a osoby po maturze 1200,- zł. . Każdy zakład pracy musiał co roku przyjąć określoną ilość stażystów. Oczywiście , często w małych miejscowościach, ilość miejsc stażowych, nie pokrywała zapotrzebowania( w dużych miastach też było podobnie) , bo nie każdy chciał pracować w urzędzie lub sklepie. Wiązało się to z koniecznością wyjazdu za pracą( ale oczywiście w Polsce) lub często z uciążliwymi dojazdami. Niemniej jednak, praca była dla wszystkich. Nie będę tutaj roztrząsał jakichkolwiek aspektów tego zjawiska, bo dla młodych ludzi, to było ważne.Młodzi absolwenci narzekali na te staże i nakazy pracy ( bo często, dostawało się nakaz pracy w określonym przedsiębiorstwie, z reguły poza swoim miejscem zamieszkania) i na niskie płace stażowe. Ale podejrzewam , że dzisiaj wielu byłoby zadowolonych z takiego rozwiązania. bo bardzo często po stażu , firmy dawały umowy na czas nieokreślony, jeżeli stażysta rzetelnie wywiązywał się ze swoich obowiązków.
Ponieważ , ja podjąłem decyzję( której do dzisiaj żałuję) podjęcia pracy zawodowej , a nie studiów, zgodnie ze swoim wykształceniem, trafiłem do Przedsiębiorstwa "Żegluga na Odrze", w charakterze asystenta mechanika, na barce motorowej.
Pływałem na trasie Gliwice, lub Koźle( wtedy jeszcze Koźle i Kędzierzyn , były odrębnymi miastami ) z węglem do Szczecina, a ze Świnoujścia lub Szczecina najczęściej z rudą żelaza. Zdarzały się też inne ładunki , jak cukier, zboże lub nawozy azotowe. Z wielką przyjemnością wspominam te czasy, ponieważ dla mnie była to nie tylko praca, ale i szkoła życia, samodzielności, a przede wszystkim wielka przygoda.
Ponieważ , ja podjąłem decyzję( której do dzisiaj żałuję) podjęcia pracy zawodowej , a nie studiów, zgodnie ze swoim wykształceniem, trafiłem do Przedsiębiorstwa "Żegluga na Odrze", w charakterze asystenta mechanika, na barce motorowej.
Pływałem na trasie Gliwice, lub Koźle( wtedy jeszcze Koźle i Kędzierzyn , były odrębnymi miastami ) z węglem do Szczecina, a ze Świnoujścia lub Szczecina najczęściej z rudą żelaza. Zdarzały się też inne ładunki , jak cukier, zboże lub nawozy azotowe. Z wielką przyjemnością wspominam te czasy, ponieważ dla mnie była to nie tylko praca, ale i szkoła życia, samodzielności, a przede wszystkim wielka przygoda.
czwartek, 1 maja 2014
Będzie mi Cię przyjacielu bardzo brakowało
Z upływem czasu, ilość podtrzymywanych przyjaźni lub znajomości zmniejsza się, szczególnie tych, z okresu szkoły średniej, co jest naturalne.Zaawansowany wiek, schorzenia, sytuacja materialna, odległość, to czynniki, które utrudniają wzajemne kontakty. Dlatego tak cenne dla mnie, są wciąż aktywne/ chociaż nieczęste/ kontakty z kolegami z klasy maturalnej. Los rozsiał nas po kraju i Europie, ale odczuwamy potrzebę "pogadania", choćby tylko przez telefon, opowiedzenia o swoich rodzinach, pochwalenia się dziećmi i wnukami, podzielenia się radościami i troskami. Jak to między przyjaciółmi.
Z jednym z kolegów, Januszem, łączyła nas szczególna więź. Poznaliśmy się, podczas egzaminów wstępnych, do szkoły średniej i od tej chwili datowała się nasza przyjaźń. To w jego łóżku, w internacie, podsypiałem rano , kiedy w internacie było przygotowanie do śniadania, a ja przyjeżdżałem wcześnie rano z domu.Przez całe 5 lat nauki, wspólnie uczyliśmy się, wspólnie rozrabialiśmy, razem przeżywaliśmy nasze pierwsze miłości. Po maturze, pomimo tego że mieszkaliśmy daleko od siebie, odwiedzaliśmy siebie. A od czasu zamieszkania Janusza w Nowym Sączu, spędzaliśmy z sobą co najmniej tydzień urlopu. Wiedzieliśmy wszystko o naszych dzieciach i wnukach, a nasze żony, też się z sobą zaprzyjaźniły. Planowaliśmy spotkać się weekendowo w tym roku, bo ostatnio widzieliśmy się pięć lat temu. No cóż, człowiek planuje.......
Przed Świętami Wielkanocnymi, "spadła" na mnie wiadomość o tym, że Janusz od 15.03 jest w śpiączce, a lekarze nie dają szans na powrót do życia......wierzyłem że to nieprawda, przecież były przypadki wybudzenia po kilkuletnich okresach śpiączki. Niestety jemu się nie udało. Będzie mi Cię przyjacielu bardzo brakowało......
Z jednym z kolegów, Januszem, łączyła nas szczególna więź. Poznaliśmy się, podczas egzaminów wstępnych, do szkoły średniej i od tej chwili datowała się nasza przyjaźń. To w jego łóżku, w internacie, podsypiałem rano , kiedy w internacie było przygotowanie do śniadania, a ja przyjeżdżałem wcześnie rano z domu.Przez całe 5 lat nauki, wspólnie uczyliśmy się, wspólnie rozrabialiśmy, razem przeżywaliśmy nasze pierwsze miłości. Po maturze, pomimo tego że mieszkaliśmy daleko od siebie, odwiedzaliśmy siebie. A od czasu zamieszkania Janusza w Nowym Sączu, spędzaliśmy z sobą co najmniej tydzień urlopu. Wiedzieliśmy wszystko o naszych dzieciach i wnukach, a nasze żony, też się z sobą zaprzyjaźniły. Planowaliśmy spotkać się weekendowo w tym roku, bo ostatnio widzieliśmy się pięć lat temu. No cóż, człowiek planuje.......
Przed Świętami Wielkanocnymi, "spadła" na mnie wiadomość o tym, że Janusz od 15.03 jest w śpiączce, a lekarze nie dają szans na powrót do życia......wierzyłem że to nieprawda, przecież były przypadki wybudzenia po kilkuletnich okresach śpiączki. Niestety jemu się nie udało. Będzie mi Cię przyjacielu bardzo brakowało......
czwartek, 8 sierpnia 2013
Bohemia- jeszcze nie raz będę powracał wspomnieniami
" O roku ów..." jak pisał poeta, ale oczywiście ja mam na myśli rok 1989.Nie będę opisywał wydarzeń politycznych owego czasu, bo są powszechnie znane. Pamiętny dzień 4 czerwca, spędziłem od 4 rano w Konsulacie Generalnym , ponieważ zostałem powołany do Komisji Wyborczej. Pracowałem wraz z innymi do 5 rano następnego dnia. Wyniki wyborów, spowodowały transformację ustrojową w RP oraz drastyczne zmiany ekonomiczne i gospodarcze. Z efektami tych zmian, do chwili obecnej, kolejne rządy, nie potrafią sobie poradzić. Ale wtedy, wpadliśmy w euforię wolności demokratycznej. Nasi sąsiedzi, bacznie obserwowali wszystkie wydarzenia, które miały u nas miejsce i zadawali mnóstwo pytań, na które często nie znaliśmy odpowiedzi, a niektóre sami chętnie zadalibyśmy komuś, tylko nie bardzo miał na nie kto odpowiedzieć. A zbyt dociekliwe pytania, obracano w żartobliwy niby zarzut: " a co tęskno do komuny?"
Minęło upalne lato 1989 roku, ale w Ostrawie rosła temperatura społeczna, ludzie coraz bardziej otwarcie rozmawiali o tym co się zdarzyło w Polsce, o Stowarzyszeniu " Karta 77" i o wielu innych sprawach, o których do tej pory , bali się nawet myśleć . Aż nadszedł dzień 17 Listopada, w Pradze studenci manifestowali w rocznicę śmierci Opletala z 1939 roku, to był zaczyn który zainicjował ruchy społeczne w całym kraju. 25. Listopada, do tłumu, zgromadzonego na jednym z głównych placów w Ostrawie jak i w każdym większym mieście, za pośrednictwem telewizji, przemówił Wacław Hawel. Po tym przemówieniu wybuchła niespotykana euforia. Zaczęły się zmiany w całej republice..... Czesi się chełpią tym , że na to aby wygrać ze starym ustrojem, Polacy potrzebowali prawie 10 lat , oni to zrobili w 10 dni...
Niech im będzie, ale gdyby nie te nasze 10 lat, to nie było by ich dziesięciu dni.
Czas biegnie szybko, realizacja kontraktów przebiegała sprawnie i zgodnie z ustalonym harmonogramem. Pracowałem intensywnie nad nowymi kontraktami, których podpisanie wydawało się tylko kwestią czasu. Ale macierzysta firma,przechodziła restrukturyzację, duży organizm gospodarczy prywatyzowano, rozbijając firmę na szereg małych spółek, zmniejszając drastycznie zatrudnienie. Każdego miesiąca zwalniano pokaźne grupy ludzi. Teren Czech , stał się mało atrakcyjny dla firmy, zaczęto preferować kontrakty na zachodzie Europy, dlatego zmniejszenie zatrudnienia objęło również Ostrawę. Swoją przygodę z Bohemią zakończyłem w lutym 1991 roku.
Z pewnością w blogu , jeszcze nie raz będę wspominał ten pobyt, który obfitował w przeróżne doświadczenia życiowe i zawodowe.
Minęło upalne lato 1989 roku, ale w Ostrawie rosła temperatura społeczna, ludzie coraz bardziej otwarcie rozmawiali o tym co się zdarzyło w Polsce, o Stowarzyszeniu " Karta 77" i o wielu innych sprawach, o których do tej pory , bali się nawet myśleć . Aż nadszedł dzień 17 Listopada, w Pradze studenci manifestowali w rocznicę śmierci Opletala z 1939 roku, to był zaczyn który zainicjował ruchy społeczne w całym kraju. 25. Listopada, do tłumu, zgromadzonego na jednym z głównych placów w Ostrawie jak i w każdym większym mieście, za pośrednictwem telewizji, przemówił Wacław Hawel. Po tym przemówieniu wybuchła niespotykana euforia. Zaczęły się zmiany w całej republice..... Czesi się chełpią tym , że na to aby wygrać ze starym ustrojem, Polacy potrzebowali prawie 10 lat , oni to zrobili w 10 dni...
Niech im będzie, ale gdyby nie te nasze 10 lat, to nie było by ich dziesięciu dni.
Czas biegnie szybko, realizacja kontraktów przebiegała sprawnie i zgodnie z ustalonym harmonogramem. Pracowałem intensywnie nad nowymi kontraktami, których podpisanie wydawało się tylko kwestią czasu. Ale macierzysta firma,przechodziła restrukturyzację, duży organizm gospodarczy prywatyzowano, rozbijając firmę na szereg małych spółek, zmniejszając drastycznie zatrudnienie. Każdego miesiąca zwalniano pokaźne grupy ludzi. Teren Czech , stał się mało atrakcyjny dla firmy, zaczęto preferować kontrakty na zachodzie Europy, dlatego zmniejszenie zatrudnienia objęło również Ostrawę. Swoją przygodę z Bohemią zakończyłem w lutym 1991 roku.
Z pewnością w blogu , jeszcze nie raz będę wspominał ten pobyt, który obfitował w przeróżne doświadczenia życiowe i zawodowe.
środa, 12 czerwca 2013
Bohemia - kontrakt kontraktowi nierówny.
Po uspokojeniu emocji personalnych na kontrakcie, przyszedł czas na zintegrowanie się z kadrą kierowniczą innych kontraktów oraz rozpoznaniem możliwości zawarcia nowych kontraktów. Ostrawa to potężny ośrodek przemysłowy, ze zdecydowaną dominacją górnictwa, przemysłu hutniczego i chemicznego. W 1989 roku, polskie centrale handlu zagranicznego, prawie całkowicie opanowały ten rynek. Stąd obecność kilkutysięcznej rzeszy pracowników polskich, stwarzała lokalnym władzom, oprócz wymiernych korzyści, wiele problemów natury porządkowej. Często ( może nawet zbyt często) dochodziło do awantur i bójek, szczególnie z licznymi w tym rejonie Romami, kończących się interwencją służb policyjnych. W tej sytuacji, niezbędna okazała się znajomość z szefostwem Komendy VB ( Verzejna Bezpecznost ) w Ostrawie. Prywatnie byli to bardzo sympatyczni ludzie, ale lepiej było nie mieć z nimi zatargów. Mnie udało się jakoś , przy pomocy pracowników Konsulatu Polskiego w Ostrawie, nawiązać z nimi bliższe kontakty, co pozwoliło wielokrotnie, wyciągać z tarapatów, swoich "niesfornych" pracowników ( nie będę opisywał sposobów jakie stosowałem, grunt że były skuteczne, chociaż następnego dnia bardzo bolała mnie głowa....).
Godziny popołudniowe (popularnie zwane wolnymi od pracy) wypełniały mi spotkania ( teraz określane biznesowymi) z decydentami różnych szczebli zarządzania, które miały na celu doprowadzenie do zawarcia kolejnych kontraktów. Najczęściej były to obiady, ale również wspólne wyjazdy na ryby, w góry itp... Wszystko zależało od indywidualnych zainteresowań klienta. Mnie najbardziej odpowiadały spotkania na kortach tenisowych ( zresztą przez prawie dwa lata, byłem członkiem jednego z Towarzystw Tenisowych), na których , jak tylko czas pozwalał, grałem dwa razy w tygodniu z kolegą , szefem innego naszego kontraktu. Te zabiegi , doprowadziły do rozmów, a w konsekwencji do podpisania kolejnego kontraktu, na sąsiedniej elektrowni. A zawarte znajomości, kontynuowałem przez cały okres mojego pobytu w Ostrawie, a niektóre jeszcze przez pewien czas, po zakończeniu pracy za granicą, bardzo mile je wspominam.
Wspomniałem o różnicach między kontraktami. Nie wynikały one, z zupełnie innych profili prowadzonych robót, ale z tego , że w Hawierzowie osobiście, codziennie pilnowałem wykonawstwa robót, ponieważ podwykonawca realizował tylko wycinek kontraktu, natomiast w Ostrawie, wszyscy pracownicy byli od podwykonawcy, a sprawy techniczne realizował Krzysztof, ja byłem natomiast od spraw formalnych, kontaktów z CHZ i Inwestorem. Co wcale nie znaczyło , mniejszego obciążenia czasowego a wręcz przeciwnie.
Efektem bliskich i dobrych stosunków z Kadrą kierowniczą w Ostrawie, było przejęcie wynajmu kawalerki, ok 30 m2, pokój z aneksem kuchennym i łazienką oraz garażu w podziemiu budynku, do którego zjeżdżało się windą z mojego mieszkania na 7 piętrze. Mieszkanie mieściło się w ścisłym centrum miasta, ale tak było usytuowane, że nie było w nim słychać, odgłosów ulicy. Poprzednio zajmował go pracownik Centrali Handlu Zagranicznego, któremu skończył się wieloletni pobyt za granicą. Na wynajem tego mieszkania , dostałem specjalny dodatek od swojego Inwestora. Atrakcyjność położenia mieszkania, powodowała częste goszczenie u mnie, różnych delegatów przebywających w Ostrawie. Było to czasami męczące, ale też powiększało grono znajomych....
Podczas wielu rozmów z moimi czeskimi przyjaciółmi, często wypytywano mnie o "Solidarność", o strajki i inne formy oporu, ale ze względu na bardzo szeroką się sieć konfidentów VB, starałem się omijać te tematy.
Ale był to rok 1989 i spokojni Czesi, w głęboko zakonspirowany sposób, też przygotowywali się do zmian ustrojowych. Był wyczuwalny strach ale i pewna determinacja, zresztą najbliższy czas miał to pokazać....
Godziny popołudniowe (popularnie zwane wolnymi od pracy) wypełniały mi spotkania ( teraz określane biznesowymi) z decydentami różnych szczebli zarządzania, które miały na celu doprowadzenie do zawarcia kolejnych kontraktów. Najczęściej były to obiady, ale również wspólne wyjazdy na ryby, w góry itp... Wszystko zależało od indywidualnych zainteresowań klienta. Mnie najbardziej odpowiadały spotkania na kortach tenisowych ( zresztą przez prawie dwa lata, byłem członkiem jednego z Towarzystw Tenisowych), na których , jak tylko czas pozwalał, grałem dwa razy w tygodniu z kolegą , szefem innego naszego kontraktu. Te zabiegi , doprowadziły do rozmów, a w konsekwencji do podpisania kolejnego kontraktu, na sąsiedniej elektrowni. A zawarte znajomości, kontynuowałem przez cały okres mojego pobytu w Ostrawie, a niektóre jeszcze przez pewien czas, po zakończeniu pracy za granicą, bardzo mile je wspominam.
Wspomniałem o różnicach między kontraktami. Nie wynikały one, z zupełnie innych profili prowadzonych robót, ale z tego , że w Hawierzowie osobiście, codziennie pilnowałem wykonawstwa robót, ponieważ podwykonawca realizował tylko wycinek kontraktu, natomiast w Ostrawie, wszyscy pracownicy byli od podwykonawcy, a sprawy techniczne realizował Krzysztof, ja byłem natomiast od spraw formalnych, kontaktów z CHZ i Inwestorem. Co wcale nie znaczyło , mniejszego obciążenia czasowego a wręcz przeciwnie.
Efektem bliskich i dobrych stosunków z Kadrą kierowniczą w Ostrawie, było przejęcie wynajmu kawalerki, ok 30 m2, pokój z aneksem kuchennym i łazienką oraz garażu w podziemiu budynku, do którego zjeżdżało się windą z mojego mieszkania na 7 piętrze. Mieszkanie mieściło się w ścisłym centrum miasta, ale tak było usytuowane, że nie było w nim słychać, odgłosów ulicy. Poprzednio zajmował go pracownik Centrali Handlu Zagranicznego, któremu skończył się wieloletni pobyt za granicą. Na wynajem tego mieszkania , dostałem specjalny dodatek od swojego Inwestora. Atrakcyjność położenia mieszkania, powodowała częste goszczenie u mnie, różnych delegatów przebywających w Ostrawie. Było to czasami męczące, ale też powiększało grono znajomych....
Podczas wielu rozmów z moimi czeskimi przyjaciółmi, często wypytywano mnie o "Solidarność", o strajki i inne formy oporu, ale ze względu na bardzo szeroką się sieć konfidentów VB, starałem się omijać te tematy.
Ale był to rok 1989 i spokojni Czesi, w głęboko zakonspirowany sposób, też przygotowywali się do zmian ustrojowych. Był wyczuwalny strach ale i pewna determinacja, zresztą najbliższy czas miał to pokazać....
czwartek, 6 czerwca 2013
Bohemia - przez żołądek do serca i ...rozsądku
Wspominając tą naradę zwieńczoną obiadem, a właściwie biesiadą do późnych godzin wieczornych, wysnuwam wniosek, że przez wieki, doceniano rolę jadła i napitków w załatwianiu trudnych spraw, dlatego i mnie udało się osiągnąć zamierzony cel.
Oboje z Jadzią, jako gospodarze( muszę tu zauważyć, że moja ekonomistka, była mi prawą ręką i osobą darzoną całkowitym zaufaniem), witaliśmy przybywających uczestników tego spotkania, co nadało mu mniej oficjalny charakter, co też było przemyślanym posunięciem. Usadowiliśmy gości wedle ustalonego klucza, co oczywiście zostało niepochlebnie skomentowane , przez Krzysztofa ( Kierownika podwykonawcy), ale pozostali goście, przyjęli to z zadowoleniem.
Po krótkim przywitaniu wszystkich, podano aperitif i inne napoje a ja oddałem głos Dyrektorowi Budimexu. Nie będę opisywał szczegółowo kto zabierał głos i o czym mówiono, bo była to standardowa procedura tego typu spotkań. Ogólnie rzecz ujmując, oceniono pozytywnie, postęp robót i zgodność z harmonogramem, poinformowano oficjalnie o zmianach kadrowych, większej dyskusji nie było, bo wszyscy czekali na obiad.
Po posiłku, kiedy wszyscy najedzeni wyśmienitymi potrawami kuchni czeskiej, popijali winko dla lepszego trawienia, zabrałem głos.
W dość obszerny sposób, przedstawiłem siebie i swoją karierę zawodową, powiedziałem też o stylu zarządzania, jaki preferuję i co cenię w swoich współpracownikach oraz to czego nie będę tolerował, a mianowicie nielojalności. Widziałem , że nie wszystkim to przypadło do gustu, ale słowo się rzekło.
Po jakimś czasie, podszedł do mnie Dyrektor firmy podwykonawczej i poprosił o rozmowę na osobności. Byłem przygotowany na taką ewentualność, szef restauracji użyczył mi swojego biura. Dyrektor zapytał wprost, do kogo były skierowane słowa o nielojalności. Odpowiedziałem , że skoro pyta , to znaczy że wie dokładnie, że do jego Kierownika Krzysztofa. Powiedziałem , też że wiem, jaki ma styl zarządzania firmą, mnie też ten styl odpowiada, dlatego bliski jestem złożenia wniosku do niego o zmianę Kierownika, który nie chce podporządkować się mojemu zwierzchnictwu. Po dłuższej rozmowie, ustaliśmy termin do końca tygodnia na uporządkowanie tego problemu. W kameralnych rozmowach, w różnym składzie uzgodniliśmy wiele drobnych spraw, oszczędzając czas na dojazdy. Ponadto z wieloma osobami , miałem możliwość porozmawiać mniej oficjalnie. Jak napisałem na wstępie, obiad przekształcił się w biesiadę, do późnych godzin wieczornych, okraszoną wieloma dowcipami, dykteryjkami a nawet chóralnymi śpiewami. Wyglądało na to , że cel został osiągnięty, a nawet więcej, bo nastąpiła prawie całkowita integracja uczestników. Kiedy następnego dnia rozliczałem się z szefem restauracji, usłyszałem od niego, że dawno nie widział tak dobrze bawiącego się towarzystwa , oraz to że Polacy śpiewają chóralnie pieśni biesiadne( no właśnie, teraz to rzadkość, a szkoda).
W środę, otrzymałem telefoniczne zaproszenie od Dyrektora firmy podwykonawczej, na kameralne spotkanie z nim i Krzysztofem, w hotelowej restauracji( mieszkał w ekskluzywnym hotelu"PALACE").
Spokojnie i krótko, oświadczył że rozumie i popiera moje sposoby zarządzania kontraktem i poprosił o pozostawienie Krzysztofa na stanowisku. Krzysztof , powiedział, że nie widzi żadnych przeszkód we współpracy ze mną, a wszelkie niejasności i problemy będzie rozpatrywał ze mną a nie po za moimi plecami. Po tym zapewnieniu lojalności( co prawda wymuszonym), spędziliśmy resztę czasu na miłej pogawędce przy kawie.
Muszę przyznać, że dużo czasu spędziliśmy razem z Krzysztofem, na wspólnych rozmowach o wszystkim. Okazał się , bardzo miłym człowiekiem, o dużej wiedzy specjalistycznej i ogólnej, towarzyskim i nigdy już do końca naszej współpracy nie było między nami żadnych nieporozumień .
Natomiast z Dyrektorem Krzysztofa, spotykaliśmy się jeszcze wielokrotnie, na stopie przyjacielskiej podczas kontaktów służbowych i zawsze wspominaliśmy z sentymentem , tamten pamiętny obiad.
Oboje z Jadzią, jako gospodarze( muszę tu zauważyć, że moja ekonomistka, była mi prawą ręką i osobą darzoną całkowitym zaufaniem), witaliśmy przybywających uczestników tego spotkania, co nadało mu mniej oficjalny charakter, co też było przemyślanym posunięciem. Usadowiliśmy gości wedle ustalonego klucza, co oczywiście zostało niepochlebnie skomentowane , przez Krzysztofa ( Kierownika podwykonawcy), ale pozostali goście, przyjęli to z zadowoleniem.
Po krótkim przywitaniu wszystkich, podano aperitif i inne napoje a ja oddałem głos Dyrektorowi Budimexu. Nie będę opisywał szczegółowo kto zabierał głos i o czym mówiono, bo była to standardowa procedura tego typu spotkań. Ogólnie rzecz ujmując, oceniono pozytywnie, postęp robót i zgodność z harmonogramem, poinformowano oficjalnie o zmianach kadrowych, większej dyskusji nie było, bo wszyscy czekali na obiad.
Po posiłku, kiedy wszyscy najedzeni wyśmienitymi potrawami kuchni czeskiej, popijali winko dla lepszego trawienia, zabrałem głos.
W dość obszerny sposób, przedstawiłem siebie i swoją karierę zawodową, powiedziałem też o stylu zarządzania, jaki preferuję i co cenię w swoich współpracownikach oraz to czego nie będę tolerował, a mianowicie nielojalności. Widziałem , że nie wszystkim to przypadło do gustu, ale słowo się rzekło.
Po jakimś czasie, podszedł do mnie Dyrektor firmy podwykonawczej i poprosił o rozmowę na osobności. Byłem przygotowany na taką ewentualność, szef restauracji użyczył mi swojego biura. Dyrektor zapytał wprost, do kogo były skierowane słowa o nielojalności. Odpowiedziałem , że skoro pyta , to znaczy że wie dokładnie, że do jego Kierownika Krzysztofa. Powiedziałem , też że wiem, jaki ma styl zarządzania firmą, mnie też ten styl odpowiada, dlatego bliski jestem złożenia wniosku do niego o zmianę Kierownika, który nie chce podporządkować się mojemu zwierzchnictwu. Po dłuższej rozmowie, ustaliśmy termin do końca tygodnia na uporządkowanie tego problemu. W kameralnych rozmowach, w różnym składzie uzgodniliśmy wiele drobnych spraw, oszczędzając czas na dojazdy. Ponadto z wieloma osobami , miałem możliwość porozmawiać mniej oficjalnie. Jak napisałem na wstępie, obiad przekształcił się w biesiadę, do późnych godzin wieczornych, okraszoną wieloma dowcipami, dykteryjkami a nawet chóralnymi śpiewami. Wyglądało na to , że cel został osiągnięty, a nawet więcej, bo nastąpiła prawie całkowita integracja uczestników. Kiedy następnego dnia rozliczałem się z szefem restauracji, usłyszałem od niego, że dawno nie widział tak dobrze bawiącego się towarzystwa , oraz to że Polacy śpiewają chóralnie pieśni biesiadne( no właśnie, teraz to rzadkość, a szkoda).
W środę, otrzymałem telefoniczne zaproszenie od Dyrektora firmy podwykonawczej, na kameralne spotkanie z nim i Krzysztofem, w hotelowej restauracji( mieszkał w ekskluzywnym hotelu"PALACE").
Spokojnie i krótko, oświadczył że rozumie i popiera moje sposoby zarządzania kontraktem i poprosił o pozostawienie Krzysztofa na stanowisku. Krzysztof , powiedział, że nie widzi żadnych przeszkód we współpracy ze mną, a wszelkie niejasności i problemy będzie rozpatrywał ze mną a nie po za moimi plecami. Po tym zapewnieniu lojalności( co prawda wymuszonym), spędziliśmy resztę czasu na miłej pogawędce przy kawie.
Muszę przyznać, że dużo czasu spędziliśmy razem z Krzysztofem, na wspólnych rozmowach o wszystkim. Okazał się , bardzo miłym człowiekiem, o dużej wiedzy specjalistycznej i ogólnej, towarzyskim i nigdy już do końca naszej współpracy nie było między nami żadnych nieporozumień .
Natomiast z Dyrektorem Krzysztofa, spotykaliśmy się jeszcze wielokrotnie, na stopie przyjacielskiej podczas kontaktów służbowych i zawsze wspominaliśmy z sentymentem , tamten pamiętny obiad.
Subskrybuj:
Posty (Atom)